Aktualności,  ON-LINE,  Oratorium Domowe

Newman – święty dla nas, inspiracja 24

 

Jan Henryk Newman,
Nieposłuszeństwo wobec poznanej woli Bożej
„Kazania parafialne”, tom I, Kazanie 3.

 

Wiedząc to będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować.” (J 13,17)


Nie było nigdy narodu lub epoki, do którego i w której te słowa nie odnosiłyby się w bardziej trafny sposób niż do tego kraju w obecnym czasie.[1] Wiemy bowiem więcej o sposobach służenia Bogu i o naszych obowiązkach, przywilejach i naszej nagrodzie niż jakikolwiek inny naród do tej pory, na ile jesteśmy w stanie to osądzić. Tak więc, nasz Zbawiciel zwraca się do nas w szczególny sposób słowami: “Wiedząc to będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować.”
 
Otóż, bez wątpienia, wielu z nas sądzi, że jest to dobrze nam znana prawda. Wydaje się być banałem, że nie wystarczy wiedzieć, co jest dobre, dopóki tego nie czynimy – stary temat, na który nie można powiedzieć nic nowego. Kiedy czytamy fragmenty tego typu w Piśmie św., przechodzimy nad nimi do porządku dziennego, przyznając im rację bez dyskusji. W ten sposób doprowadzamy do tego, że praktycznie o nich zapominamy. Wiedza nic nie znaczy bez czynów, lecz wiedząc o tym, że sama wiedza nic nie znaczy, czynimy z niej coś, co ma znaczenie i tym samym oszukujemy samych siebie.
 
Tak samo robimy zresztą w innych sytuacjach. Wielu ludzi, zamiast uczyć się pokory w praktyce, przyznaje się do bycia biednymi grzesznikami, a potem szczyci się tym wyznaniem. Przypisują oni chwałę swojego odkupienia Bogu, ale następnie w pewien sposób stają się dumni ze swojego odkupienia, dumni ze swojej tak zwanej pokory.
 
Nie ulega wątpliwości, że Chrystus nie wypowiadał żadnych słów na próżno. Odwieczna Mądrość Boga nie zabiera głosu, tak byśmy od razu mogli dosięgnąć Jego słowa w lekceważący sposób, sądząc, że je w mig pojmiemy i przejść ponad nimi do porządku dziennego. Jego Słowo przecież trwa na wieki. Ma Ono w sobie głębię znaczenia, dostosowanego do każdego czasu i miejsca, choć słabo i z trudem bywa zrozumiane gdziekolwiek i w jakimkolwiek czasie. Ci, którzy sądzą, że wchodzą w jego zrozumienie z łatwością, mogą być zupełnie pewni, że nie wchodzą w nie wcale.
 
Spróbujmy teraz, za Jego łaską, uczynić z naszego cytatu biblijnego żywe słowo dla pożytku naszych dusz. Nasz Pan mówi: “Wiedząc to będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować.” Rozważmy więc, w jaki sposób zazwyczaj odczytujemy Pismo św.
 
Odczytujemy fragment Ewangelii, na przykład przypowieść lub opis cudu, albo też czytamy psalm lub rozdział z księgi jakiegoś proroka. Kto nie jest uderzony pięknem tego, co czyta? Nie mam zamiaru wypowiadać się na temat tych, którzy czytają Biblię tylko od czasu do czasu i w konsekwencji mają jej święte stronice za nudne i nieciekawe, ale mówię o tych, którzy ją studiują. Która z takich osób nie dostrzega piękna Biblii? Weźmy, na przykład, ten fragment, który stanowi wprowadzenie do naszego dzisiejszego cytatu. Chrystus obmywał nogi swoim uczniom. Czynił tak w czasie wielkiego cierpienia duchowego, tuż zanim został pojmany przez wroga i skazany na śmierć. Zdrajca – Jego bliski przyjaciel – był w tym samym pomieszczeniu. Wszyscy Jego uczniowie, nawet ci najbardziej oddani, kochali Go dużo mniej, niż im się wydawało. Za chwilę wszyscy oni mieli Go opuścić i uciec. On to przewidział, a jednak w spokoju umył im nogi i powiedział, że uczynił tak, by dać im przykład, że winni oni służyć sobie nawzajem w pokorze tak jak On uczynił wobec nich, że ten spośród nich jest największy, kto najbardziej się uniża. To samo mówił im też już wcześniej, więc Jego uczniowie musieli to sobie przypominać. Być może zastanawiali się w skrytości swoich serc, pytając, dlaczego powtarzał im tę lekcję. Mogli sobie mówić: „Słyszeliśmy to już wcześniej”. Mogli być zaskoczeni, że z Jego doniosłego gestu, z Jego obmywania im nóg, nie wynikało nic innego, jak tylko już wcześniej podane przykazanie – nakaz, by się uniżać. Równocześnie nie mogli zaprzeczyć doniosłości Jego czynu, bo właśnie intensywnie jej doświadczali. Co więcej, kochając Go przecież ponad wszystko i czcząc Go jako swojego Pana i Nauczyciela, odczuwali podziw i szacunek wobec Niego, ale ich umysły nie skupiały się na praktycznej stronie udzielonej im instrukcji. Znali oni tę prawdę i podziwiali ją, ale nie widzieli, czego im brakowało. Taki był stan ich umysłów. Stąd się bierze siła owego tekstu, skierowanego głównie przeciwko Judaszowi Iskariocie, który znał przykazanie i dobrowolnie zgrzeszył przeciwko niemu. Po drugie, odnosi się on do wszystkich apostołów, a głównie do św. Piotra, który obiecał być wiernym, a zwiódł w chwili próby. Na koniec, odnosi się do nas wszystkich – wszystkich tutaj zebranych, którzy cały czas słuchamy słowa życia, znamy i podziwiamy je, ale nie jesteśmy mu posłuszni.
 
Czyż tak właśnie nie jest? Czy Pismo św. nie jest przyjemne, pomimo tego, że jest wymagające? Czy nie próbujemy samych siebie przekonać, że religijne uczucia, wyznanie naszego umiłowania religii, umiejętność rozmawiania o wierze może zająć miejsce pokornego posłuszeństwa i samozaparcia, które stanowi istotę praktyki prawdziwej religii? Niestety, owa religia, która przedstawia tak zachwycającą wizję, w rzeczywistości jest nieprzyjemna. Tak właśnie jest, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy też nie.
 
1. Mnóstwo ludzi, nawet tych, którzy są religijni, znajduje się w takim stanie umysłu. Weźmy na przykład tych, którzy żyją w lepszych warunkach niż większość społeczeństwa. Są to ludzie dobrze wychowani i wykształceni, którzy nie mają wielu zmartwień w życiu albo potrafią sobie z nimi poradzić dzięki urozmaiceniu swoich zajęć, dzięki trosce o dobre zdrowie, albo przynajmniej dzięki upływowi czasu. Żyją oni porządnie i szczęśliwie, z takimi samymi ogólnymi preferencjami i przyzwyczajeniami, jakie by mieli, gdyby nie poznali Ewangelii. Zwracają oni uwagę na to, co o nich sądzi świat i potrafią być wspaniałomyślni, gdy tego oczekuje. Są nienaganni w swoich manierach, uprzejmi z natury czy też poczucia przyzwoitości. Zatem, ich religijność opiera się na ich własnej osobowości i na światowości, jest więc co najwyżej cywilizacją. Tak samo, jak sądzę, mogłoby być wszędzie, zakładając, że sytuacja społeczna byłaby podobna, nawet jeśli chrześcijaństwo nie stanowiłoby religii tej ziemi. Ale stanowi, więc pójdźmy dalej i zapytajmy, jak w takim razie tacy ludzie się z tym czują? Przyjmują ten stan rzeczy, dodając go do tego, czym sami , wszczepiając religię do samolubnych i światowych przyzwyczajeń nieodnowionego serca. Zostali nauczeni, by szanować religię i wierzyć, że pochodzi ona od Boga. Tak więc podziwiają ją oni i przyjmują jako zasadę życia o tyle, o ile pozostaje ona w zgodzie z cielesnymi zasadami, które nimi kierują. Tam zaś, gdzie religii nie da się pogodzić z tymi zasadami, pozostają oni ślepi na jej wyższość i wymagania. Pomijają lub usprawiedliwiają się od wypełniania jej przykazań. W żadnym wypadku nie są posłuszni dlatego, że tak nakazuje religia. Postępują oni dobrze do takiego samego stopnia, do jakiego postępowaliby bez nakazów religijnych. A jednak mówią o niej dobrze i sądzą, że ją rozumieją. Czasami, jeśli wolno mi kontynuować ten opis, przyjmują tacy ludzie religię z pewną subtelną elegancją uczuć i manier, a wtedy ich bezbożność staje się pełna wdzięku, grymaśna i pełna zbytku. Uwielbiają tacy ludzie poezję religijną i elokwentne kazania. Pragną to podsycania, to łagodzenia swoich uczuć oraz zapewnienia im urozmaicenia i doznania ulgi, płynących z owego odwiecznego tematu, który jest niezmienny. Są zmęczeni jego prostotą, więc szukają sposobu na podtrzymanie zainteresowania tematyką religijną w prozie, fikcyjnej bądź upiększonej, albo w wiadomościach z obcych krajów, w historiach szans i sukcesów Ewangelii, wypaczając w ten sposób to, co samo w sobie jest dobre i niewinne. Taki jest stan ich umysłów w najlepszym wypadku, ponieważ znacznie częściej sądzą oni, iż wystarczy jedynie ledwo okazać niewielkie zainteresowanie tematem religii, uczestniczyć w nabożeństwach w Dzień Pański i potem tylko raz, oschle wyrazić dla niej aprobatę. Oczywiście, jakikolwiek opis takich osób będzie jedynie uogólnieniem, ponieważ cechy osobowości są bardzo zróżnicowane i wymieszane w każdym człowieku, co uniemożliwia oddanie dokładnego obrazu sytuacji. Częstokroć też poważane osoby i naprawdę dobrzy chrześcijanie są w jakiejś mierze zakażeni owym niedobrym duchem doczesności.
 
2. Weźmy znowuż jeszcze inny opis takich ludzi. Możliwe, że zwrócili oni swoją uwagę ku sposobom promowania szczęścia swoich współtowarzyszy, tworząc własny system moralności i religijności, a dopiero wtedy zwrócili się ku Pismu św. Zostają oni ujęci doniosłym tonem jego nakazów i pięknem zawartej w nim nauki. To prawda, że odnajdują w nim wiele rzeczy, których nie rozumieją lub z którymi się nie zgadzają, wiele rzeczy, których sami by nie byli w stanie wypowiedzieć. Lecz pomijają te rzeczy, wyobrażając sobie, że nie odnoszą się one do dzisiejszych czasów, co też stanowi łatwy sposób na pozbycie się wszystkiego tego, co nam się nie podoba. Generalnie akceptują oni Biblię, uznając, że jest ona wysoce przydatna dla niższych klas społecznych. Dlatego też, polecają ją i wspierają instytucje, które są kanałami nauczania Pisma św., ale, co się tyczy ich samych, nigdy nie przychodzi im na myśl, by poważnie zastosować biblijne nakazy do samych siebie. Uważają, że już je poznaliZnają je i to wystarczy, a co się tyczy ich wypełniania, przez co rozumiem staranie się, by podporządkować się owym nakazom, kierując się nimi z niezamąconą gorliwością i uczciwą wiarą, przyjmując je takimi jakie są, a nie jakimi chciałoby się je widzieć w świetle swoich uprzednio ukształtowanych poglądów, nie mają oni w sobie nic takiego prawego ducha. Nie biorą oni pod uwagę takiego sposobu działania. Zalecanie i wpływanie na moralny, przyzwoity sposób postępowania na jakichkolwiek zasadach wydaje im się być wystarczające. Wystarcza im rozprzestrzenianie wiedzy, która pociąga za sobą egoistyczną powściągliwość, samolubną życzliwość i oportunistyczną moralność. Nie dbają oni o żadną z prawd Pisma Świętego z tego powodu, że znajdują się one w Piśmie – niewielką wartość przedstawiają one dla nich dlatego, że zostały tam napisane. Nie są oni posłuszni dlatego, że każe im się być posłusznymi na zasadzie wiary, nie rozumieją oni potrzeby tej Bożej zasady postępowania. Dlaczego nie wystarcza, wydają się oni mówić, czynienie ludzi dobrymi w jeden sposób tak samo jak w drugi? „Czyż Abana i Parpar, rzeki Damaszku, nie są lepsze od wszystkich wód Izraela?”[2] Tak jakby cała wiedza i nauka pochodząca z książek miały moc uwolnić jednego grzesznika z więzów Szatana albo przynieść coś więcej niż zewnętrzną poprawę, pozór posłuszeństwa; tak jakby nie była to dalece inna zasada, niezależna od wiedzy, będąca ponad nią i przed nią, taka, która prowadzi do prawdziwego posłuszeństwa, owa zasada Bożej wiary, pochodząca z góry, mająca w sobie życie i moc, by naprawdę wykorzystać wiedzę dla dobra duszy. W jej rękach wiedza stanowi w pewnym sensie pochodnię oświetlającą nam drogę, ale nie poucza nas, ani nie umacnia w kroczeniu naprzód.
 
3. Albo też spójrzmy inaczej na nasz problem. Czyż brak wykształcenia nie jest jedną z najczęstszych wymówek ludzi biednych na ich bezbożność? Tak jakby wielka wiedza była niezbędnym warunkiem właściwego postępowania. Znowuż, są ludzie skłonni uważać, że do bycia pobożnym wystarczy człowiekowi posiadać wiedzę i mówić o religii. Po co przyszliście tu dzisiaj, Bracia? Mam nadzieję, że nie dlatego, że to wasz zwyczaj, nie tylko dlatego, że przyjaciele lub przełożeni powiedzieli wam, żeby przyjść. Zakładam, że przyszliście do Kościoła z pobożności, ale strzeżcie się myślenia, że wszystko się dokonuje przez samo przychodzenie. Nie wystarczy być tutaj obecnym, choć wielu ludzi zachowuje się tak jakby zapomnieli, że muszą uważać na to, co się dzieje, a nie tylko przychodzić. Nie wystarczy słuchać tego, co mówi kaznodzieja, choć wielu sądzi, że daleko zaszli tak czyniąc. Musicie się modlić, a to bardzo trudne dla każdego, kto tylko spróbuje. To jest właśnie powód, dla którego tak wielu ludzi woli kazanie od modlitw, ponieważ to pierwsze to jedynie zdobywanie wiedzy, a to drugie to akt posłuszeństwa. Musicie się modlić, a to, jak mówię, jest bardzo trudne, ponieważ nasze myśli mają tendencję do uciekania. Jednak nawet i to nie jest jeszcze wszystko – gdy się modlicie, musicie naprawdę pragnąć czynić to, o co się modlicie. Gdy mówicie: „Nie wódź nas na pokuszenie”, musicie szczerze mieć zamiar unikania tych pokus, których już doświadczyliście w swoim codziennym postępowaniu. Gdy mówicie: „Zbaw nas ode złego”, musicie zamierzać walczyć w waszych sercach ze złem, którego jesteście świadomi i o wybaczenie którego się modlicie. To trudne, ale to ciągle nie wszystko. Musicie naprawdę wprowadzać w czyn swoje dobre zamiary w ciągu tygodnia i naprawdę prowadzić wojnę przeciwko światu, ciału i Szatanowi. A każdy z tutaj obecnych, który tak nie czyni, to znaczy, który sądzi, że wystarczy przychodzić do Kościoła, by poznawać Bożą wolę, ale nie pamięta, by wypełniać ją w swoim codziennym postępowaniu, czy to wysoko czy nisko postawiony, czy to znający tajemnice i mający wiedzę czy niewykształcony i zajęty aktywnym życiem, jest głupcem w oczach Tego, dla którego mądrość tego świata jest głupstwem.[3] Z pewnością lekkomyślny jest ten, który zamienia religię serca formalną, zewnętrzna służbą, odwracając w ten sposób słowa Pana zawarte w naszym cytacie: „widząc to, nie będziecie błogosławieni, gdy według tego nie będziecie postępowali”.[4]
 
4. Lecz niektórzy mogą powiedzieć: „Tak trudno służyć Bogu, to wbrew mojemu zdaniu, taki to wysiłek, takim obciążeniem moich sił jest niesienie jarzma Chrystusa, że muszę je zostawić, albo przynajmniej odłożyć to na później. Czy nie można wziąć niczego innego w zamian? Uznaję Jego prawo jako najświętsze i prawdziwe, a opowieści o dobrych ludziach, które czytam, są wspaniałe. Żałuję z całego serca, że nie jestem taki jak oni i przez krótką chwilę czuję, że mam ochotę ich naśladować. Zaczynałem kilka razy, miałem okresy żalu za grzechy i ustalałem sobie zasady, ale z takiego czy innego powodu upadałem i byłem nawet gorszy niż przedtem. Mam wiedzę, ale nie potrafię według niej postępować. Och, żałosny ze mnie człowiek!”
 
Otóż, takiemu człowiekowi mówię: jesteś w bardziej obiecującym stanie niż gdybyś był zadowolony sam z siebie i myślał, że wiedza jest wszystkim. Byłaby to poważna ślepota, o której cały czas mówiłem. To znaczy, jesteś w lepszej sytuacji, jeśli nie odczuwasz zbyt wielkiej pociechy lub pewności siebie w swoim wyznaniu winy. Taki bowiem jest błąd wielu ludzi – czynią takie wyznanie, jak opisałem, zamiast prawdziwego żalu za grzechy, albo pozwalają sobie na odkładanie żalu na później, tak jakby im pozwolono dać słowo obietnicy, które długo, że tak powiem, nie zobowiązuje. Jesteś, przyznaję, w lepszym stanie, niż gdybyś był zadowolony sam z siebie, ale nie jesteś w bezpiecznej sytuacji. Gdybyś miał teraz umrzeć, nie byłoby dla ciebie żadnej nadziei zbawienia – to znaczy, żadnej nadziei, jeśli to, co pokazujesz, jest prawdą, bo wierzę twoim słowom. Pójdziesz przed tron sędziowski Boga i wyznasz, że znasz Prawdę, ale jej nie czynisz. Do tego właśnie uczciwie się przyznajesz. Jak zostanie to przyjęte? „Według słów Twoich sądzę cię”,[5] mówi sam Sędzia, a kto może odwrócić Jego wyroki? Dlatego też, taki człowiek winien czynić swoje wyznanie z ogromnym i szczerym przerażeniem oraz wstydem, jeśli ma ono być u niego jakimś budzącym nadzieję znakiem, chyba, że jest w nim tylko zatwardziałe serce. Na przykład, słyszałem ludzi mówiących lekkomyślnie, każdy musiał ich słyszeć, jak przyznają, iż byłoby to prawdziwym nieszczęściem dla nich i dla ich towarzyszy, gdyby nagle zostali zabrani z tego świata. Zwłaszcza młodzi są skłonni tak mówić, to znaczy, zanim osiągną wiek bezduszności, albo gdy robią wymówki, by pokonać swój naturalny, prawdziwy zmysł sumienia. Mówią oni, że pewnego dnia mają nadzieję okazać żal za grzechy. To jednak świadczy przeciwko nim, tak jak ów zły prorok w Betel, który został przymuszony, by własnymi ustami wydać Boży sąd, gdy zasiadł, by spożywać posiłek w grzechu.[6] Niech jednak nikt taki nie sądzi, że otrzyma cokolwiek od Pana – nie przemawia on w wierze.
 
Gdy zatem człowiek narzeka na hardość swojego serca lub wątłość swoich zamiarów, niech popatrzy, czy ta skarga nie jest niczym więcej, jak tylko pretekstem do uspokojenia swojego sumienia, które jest przerażone z powodu odkładania skruchy, albo też czy nie jest tylko pustym słowem, wypowiedzianym w połowie dla żartu, a w połowie z powodu wyrzutów sumienia. Jednak, jeśli ktoś jest uczciwy w swojej skardze, niech zauważy, że nie ma potrzeby narzekać. Wszystko jest proste i łatwe dla uczciwych – to chwiejni wynajdują trudności. Jeśli szczerze i prawdzie brzydzisz się swoim zepsuciem, jeśli faktycznie twoje serce jest zranione dlatego, że nie czynisz tego, o czym wiesz, że powinieneś robić, jeśli pokochałbyś Boga, gdybyś potrafił, to wtedy Ewangelia przemawia do Ciebie słowami pokoju i nadziei. Zupełnie inną rzeczą jest powiedzieć opieszale: „Przyjąłbym, gdybym był innym człowiekiem”, ale wejść w układ z Bożą propozycją, aby cię przemieniła, gdy jest ci przedstawiana. Oto test rozstrzygający o szczerości lub nieszczerości. Mówisz, że pragniesz być innym człowiekiem. Chrystus wierzy twemu słowu, że tak powiem, i proponuje ci, że cię przemieni. Mówi: „Zabiorę ci serce z kamienia, miłość świata i jego przyjemności, jeśli poddasz się Mojej dyscyplinie”. Tutaj człowiek się wycofuje. Nie – nie może znieść utraty miłości tego świata, rozstania ze swoimi obecnymi pragnieniami i upodobaniami, nie może zgodzić się na przemianę. W końcu, w głębi serca jest zadowolony z tego, kim jest, a chce jedynie, by zabrać mu z drogi sumienie. Jeśli tylko Chrystus zaproponowałby mu, że to zrobi, jeśli tylko zamieniłby to co gorzkie w to co słodkie, a to co słodkie w to co gorzkie, ciemność w światło, a światło w ciemność, wtedy przyjąłby człowiek radosną nowinę o pokoju. Wcześniej jednak nie potrzebuje on Chrystusa.
 
Jeśli jednak człowiek jest uczciwy w swoim pragnieniu wejścia w głąb swego serca, wypędzenia zła, oczyszczenia dobra i nabycia umiejętności panowania nad sobą, tak by wykonywać dobre uczynki i poznawać Prawdę, gdzie leży trudność? Kwestią czasu tak właściwie, a nie niepewności, jest nawrócenie takiego człowieka. Tak prostą jest ta zasada, którą musi on się kierować, i tak banalną, że z początku będzie zaskoczony, gdy ją usłyszy. Bóg dokonuje wielkich rzeczy prostymi sposobami, a ludzie obruszają się na nie z pychą właśnie dlatego, że są proste. Takie też było postępowanie Naamana Syryjczyka.[7] Chrystus mówi: „Czuwajcie i módlcie się”[8] i na tym polega nasze lekarstwo. Czuwanie i modlitwa z pewnością znajdują się w naszej mocy, a za ich pomocą na pewno nabierzemy siły. Doświadczasz słabości, boisz się zostać pokonanym przez pokusę – w takim razie trzymaj się z od niej z daleka. To właśnie jest czuwanie. Unikaj towarzystwa, które może cię zwieść, uciekaj przed samym pozorem zła. Nie można być zbyt ostrożnym – lepiej być zbyt wymagającym niż nieco zbyt spokojnym – to jest pewniejsze. Powstrzymaj się od czytania książek, które są dla ciebie niebezpieczne. Odwracaj się od złych myśli, gdy przychodzą, zajmij się jakimś zajęciem, zacznij rozmowę z przyjacielem, albo odmów w duchu pobożnie Modlitwę Pańską. Jeśli zostaniesz zwiedzony przez pokusę, czy to są zagrożenia ze strony świata, fałszywa sława, interesowność, prowokujące zachowanie innych, grzeszne przyjemności świata, zwiedzony, by być tchórzliwym albo chciwym, bezlitosnym lub lubieżnym, zamknij swoje oczy i pomyśl o przelanej bezcennej Krwi Chrystusa. Nie waż się mówić, że nic nie możesz poradzić na grzech. Nieco uwagi wobec tych zaleceń, dzięki Bożej łasce, daleko cię zaprowadzi właściwą ścieżką. Raz jeszcze, módl się tak samo jak czuwasz. Musisz wiedzieć, że sam z siebie nic nie możesz – tego nauczyło cię twoje dotychczasowe doświadczenie. Dlatego też zwracaj się do Boga po chęć i siłę, proś Go szczerze w imię Jego Syna. Szukaj Jego świętych rządów. Czy to nie leży w twojej mocy? Czyż nie masz władzy przynajmniej nad członkami swego ciała, tak by nieustannie przychodzić po środki łaski? Czyż nie masz sił, żeby tu przychodzić? By obchodzić święta kościelne? By przychodzić do ołtarza i przyjmować Chleb Życia? Weź się przynajmniej za to – wyciągnij rękę, by przyjąć Jego Ciało i Krew, dające łaskę. To nie jest ciężka praca, a ty przecież mówisz, że naprawdę pragniesz uzyskać błogosławieństwo, które On ofiaruje. Co większego mógłbyś otrzymać niż dar nabywany „bez pieniędzy i bez płacenia?”[9] Tak więc, nie rób już wymówek, nie marudź o swoim grzesznym sercu, o twojej wiedzy, postanowieniach i braku działania. Oto twoje lekarstwo.
 
Dobrze by było, gdyby dało się ludzi przekonać do szczerości serca, ale niewielu ma takie nastawienie. Wielu żyje, mając podwójny cel – próbują służyć Bogu i mamonie. Niewielu bierze się za czynienie tego, co jest właściwe, ponieważ tak im nakazuje Bóg, ale mają inny cel – pragną zadowolić siebie i ludzi. Jeśli są w stanie podporządkować się Bogu bez urażenia Złego Pana, który nimi kieruje, wtedy i tylko wtedy się podporządkowują. Tak więc, religia, zamiast być na pierwszym miejscu w ich hierarchii wartości, spada na drugie. Różnią się oni wprawdzie jeden od drugiego w tym, co przedkładają na pierwszy plan – jeden człowiek uwielbia swobodę, drugi aktywność, inny lubi wygody domowe, ale wszyscy oni są zgodni w zamianie prawdy Bożej, o której wiedzą, że jest Prawdą, w narzędzie służące celom doczesnym. Nie odrzucają Prawdy, ale degradują ją.
 
Gdy On, Pan zastępów, przyjdzie, by potrząsnąć ziemią z mocą, ilu członków reszty prawdziwego Izraela znajdzie? Żyjemy w czasach dobrego wychowania. Pozorny blask światowej jedynie wykwintności sprawia, że jesteśmy przyzwoici i mili. Wszyscy mamy wiedzę i pouczamy innych. Uważamy się za mądrych, schlebiamy sobie nawzajem, robimy sobie wymówki, gdy uświadomimy sobie nasz grzech i tym sposobem, stopniowo tracimy świadomość swojej grzeszności. Uważamy nasze własne czasy za lepsze od innych. „Faryzeuszu ślepy!”[10] Taki był fatalny w skutkach zarzut naszego błogosławionego Pana wobec fałszywie oświeconych nauczycieli Jego czasów. Skoro pragniemy wejść do życia, przychodźmy stale do Chrystusa po dwa fundamenty prawdziwej wiary chrześcijańskiej – pokorę umysłu i szczerość.
 
 

tłum. Marcin Kuczok

tłumaczenie ukazało się drukiem w Oratoriana 77(2014), s. 71-82 (ISSN 2080-105X)


[1] Newman głosił zebrane w niniejszym tomie kazania w latach 1828-1843, kiedy sprawował urząd proboszcza parafii mariackiej w Oksfordzie w Anglii (przyp. tłum.).
[2] Zob. 2 Krl 5, 12 (przyp. tłum.).
[3] Zob. 1 Kor 3, 19 (przyp. tłum.).
[4] Zob. J 13, 17 (przyp. tłum.).
[5] Zob. Łk 19, 22 (przyp. tłum.).
[6] Zob. 1 Krl 13, 11-32 (przyp. tłum.).
[7] Zob. 2 Krl 5, 1-14 (przyp. tłum.).
[8] Zob. Mk 13, 48 (przyp. tłum.).
[9] Zob. Iz 55, 1 (przyp. tłum.).
[10]
Mt 23, 26 (przyp. tłum.).