Aktualności,  ON-LINE,  Oratorium Domowe

Newman – święty dla nas, inspiracja 29

 

Wrażliwość na to, co święte

ks. Mateusz Kiwior COr

 

 

W ostatniej z katechez, inspirowanej obecnością św. Jana Henryka Newmana w Katechizmie Kościoła Katolickiego, skoncentrujemy się na kolejnym fragmencie cytowanym przez Kościół w odniesieniu do drugiego przykazania Dekalogu.

W numerze 2144 KKK odnajdujemy następujące odniesienie: „Czy odczucia bojaźni i tego, co święte, są uczuciami chrześcijańskimi czy też nie? Nikt w sposób rozsądny nie może o tym wątpić. Są to odczucia, które moglibyśmy mieć i to w wielkim stopniu, jeśli posiadalibyśmy widzenie Boga najwyższego. Możemy je mieć, jeśli “uświadomimy” sobie Jego obecność. O ile wierzymy, że On jest obecny, powinniśmy je posiadać. Jeśli ich nie posiadamy, to dlatego że nie uświadamiamy sobie, nie wierzymy, że On jest obecny.”[1] Proponuję, aby te słowa stały się impulsem do rozważenia chrześcijańskiej wrażliwości na to co Boże i święte.

 

IMIĘ BOGA JEST ŚWIĘTE – CZY TO WYSTARCZY?

Nasz Bóg ma imię! Jest to często pomijany aspekt wiary chrześcijan. Bóg pierwszy wychodzi z inicjatywą ku człowiekowi, dając mu się poznać. Ujawniając Mojżeszowi imię Jestem, który jestem dokonuje nie tylko autoprezentacji, ale również odsłania swoją boską naturę: Jestem zawsze; Jestem bez końca i początku; Jestem wszędzie; Jestem z Tobą; Znam i przenikam wszystko. Ta autoprezentacja wskazuje również na związek Boga ze stworzonym przez Niego światem. Jeśli Bóg jest wszędzie, wieczny i nieogarniony, jeśli jest zawsze, to w świecie możemy spotkać pierwiastki Jego świętości. Możemy doświadczyć z pomocą świata jak wspaniały jest Bóg! Jednak Bóg objawiający siebie przez świat to jeszcze nie wszystko. Dla katolika szczytem Objawienia jest Jezus Chrystus – Bóg Człowiek, taki jak ja. I właśnie w Jezusie, boskie imię nabierze jeszcze głębszego sensu z punktu widzenia człowieka. Usłyszymy przecież: Ja jestem Alfa i Omega, początek i koniec, a Kościół w liturgii Wigilii Paschalnej doda: Chrystus wczoraj i dziś, (…) do Niego należy czas i wieczność. Jemu chwała i panowanie na wieki wieków. W Jezusie możemy odkryć ostateczny sens stworzenia świata i Bożej obecności w nim. Tym celem jest człowiek – konkretnie Ja – każdy! Z jednej strony całe nasze życie pozostaje w rękach Boga i od Niego zależy, a z drugiej, dzięki naszemu przyzwoleniu i odpowiedzi, nasze ciało i dusza stają się miejscem gotowym i otwartym na świętą obecność Boga. W sakramencie Chrztu otrzymaliśmy imię chrześcijanina, czyli Chrystusa, jako kierunek na całe życie. I jest to bardzo ważny element wtajemniczenia chrześcijańskiego, co podkreśla Kościół słowami: Wśród wszystkich słów Objawienia jest jedno szczególne, które jest objawieniem Jego imienia. Bóg powierza swoje imię tym, którzy w Niego wierzą. (KKK 2143) Powierzenie imienia Bożego jakie dokonuje się w chrzcie domaga się zatem pogłębienia, osobistej odpowiedzi, podążania za Bogiem w swoim życiu. Konsekwencją takiej postawy będzie odnajdywanie w otaczającym świecie i drugim człowieku tego co święte, przyjmowanie świętych natchnień, docenianie świętości w naszym otoczeniu, powiem więcej, otaczanie się świętością, a wreszcie i przede wszystkim: szanowanie imienia Pańskiego, o czym przypomina Katechizm w odniesieniu do drugiego przykazania Dekalogu: Drugie przykazanie nakazuje szanować imię Pańskie. (KKK 2142)

 

POSTĘP – CZY CELOWA DESAKRALIZACJA?

Powyższe rozważania pozwoliły rzucić ogólne światło na zagadnienie objawienia Imienia Bożego i konsekwencji, jakie obecność Boga w świecie ze sobą niesie. Spróbujmy przyglądnąć się jak wygląda to w praktyce.

W okresie wakacyjnym niejednokrotnie mieliśmy okazję odwiedzać różne miejsca na świecie. I jeśli były to miejsca o korzeniach chrześcijańskich, to wszędzie tam uderzały swoim pięknem i wielkością zabytki chrześcijańskiej kultury: katedry, kościoły, kaplice i kapliczki, rzeźby czy obrazy przedstawiające świętych, duże i małe miejsca kultu. A sięgając do domowego podwórka warto przypomnieć o obecnych niegdyś na odrzwiach domów miniaturowych kropielnicach; krzyżykach, czy figurkach umieszczanych na fasadach; różańcach zawieszanych w pobliżu lusterka wstecznego samochodu; czy wreszcie świętych obrazach wieszanych licznie tuż pod powałą. Różne epoki cechowała na świecie i w Polsce charakterystyczna dla danych czasów pobożność, której owocem były publiczne formy wyrażania wiary. Każda z tych form odpowiadała niejako na potrzebę nie tylko uświęcenia przestrzeni publicznej, ale może właśnie wskazania i potwierdzenia, że wszędzie tam jest Bóg! Wydaje się, że takie manifestowanie swojej wiary, stanowiło również formę katechezy dla wszystkich przechodzących, formę przypomnienia i napomnienia, by nie traktować świata wyłącznie jako swojej własności. Umieszczanie elementów poświęconych Jezusowi, Maryi i świętym, było niekiedy wyrzutem sumienia, mocnym wołaniem o uświęcenie rzeczywistości.

Dziś bardzo często obserwujemy działania odwrotne. W przestrzeni publicznej „obawiamy się” raczej manifestować przywiązanie do wiary. Coraz mniej obrazów świętych, krzyży znajduje się na ścianach mieszkań i domów, nowe kapliczki przydrożne to również rzadkość. Nie znam ponadto domu, w którym przy drzwiach znajdowałaby się kropielnica z wodą święconą. W większych miejscowościach zanika zwyczaj żegnania się przed kościołem, czy uchylania czapki przed przydrożnym krzyżem. Nie będę tu wspominał o upokarzających katolików aktach wandalizmu, czy celowej profanacji miejsc świętych.

Opisane sytuacje rodzą uzasadnione pytanie: czy mamy do czynienia z naturalnym postępem ludzkości, która uważa swoją wiarę za tak mocną, iż nie potrzebuje jej widzialnych znaków, czy też doświadczamy jakiejś szczególnej trudności, jakiegoś momentu załamania, oddając pole siłom zła, które jak przecież wiemy dążą do desakralizacji wszystkiego – także człowieka!   

 

CHRZEŚCIJAŃSKIE UCZUCIA – TRUDNA OBRONA

Poszukując odpowiedzi na postawione pytania, wypada wrócić do przywołanego na samym początku, fragmentu kazania św. Jana Henryka Newmana: Czy odczucia bojaźni i tego, co święte, są uczuciami chrześcijańskimi czy też nie? (…) Są to odczucia, które moglibyśmy mieć i to w wielkim stopniu, jeśli posiadalibyśmy widzenie Boga najwyższego. Możemy je mieć, jeśli “uświadomimy” sobie Jego obecność.

W powyższym tekście widać ogromną wagę „uświadamiania” sobie obecności Boga. Ta uświadamiana obecność, to klucz do prawidłowego przeżywania wiary. Potrzebujemy życia w Bożej obecności, ale by mogło się tak stać, koniecznie potrzebujemy działania ze swojej strony. W wielu sytuacjach wystarczy na pewno działanie umysłu, do czego na przykład zachęcał św. Ignacy Loyola, by przed rozpoczęciem każdej modlitwy, stanąć w Bożej obecności, uświadomić sobie, że teraz będę rozmawiał z Bogiem. Jednak możemy wskazać wiele miejsc i sytuacji, kiedy to nie wystarczy, bo w głowie kotłują się zawistne myśli, bo oddziałuje na nas jakiś stresujący czynnik, bo jesteśmy zmęczeni, przepracowani, albo właśnie dopuściliśmy jakąś pokusę, która wciąga nas bez opamiętania. Może właśnie wtedy, do „uświadomienia” sobie Bożej obecności, przydałyby się jakieś dodatkowe, zewnętrzne elementy? Medalik na szyi, by inaczej spojrzeć na swoje ciało? Różaniec w kieszeni, by cofnąć rękę przed niegodziwym zyskiem? Obraz na ścianie mieszkania, by zatrzymać niepotrzebną kłótnię? Woda świecona w kropielnicy, by wyjść do świata z większą odwagą? Przydrożny krzyż, by zdjąć nogę z gazu? Kapliczka na bezdrożu, by zatrzymać się, pomyśleć, pomodlić i odkryć, że Bóg jest tak cudownie blisko nas. Dopiero wtedy odkryjemy swoje prawdziwe imiona zapisane w Niebie!

 

 

[1] J. H. Newman, Parochial and plain sermons, 5, 2.

 

za: Świętogórska Róża Duchowna, 4/2020 (249), s. 49-51; czwarty fragment cyklu o Newmanie;
pierwszy tekst: Święty Jan Henryk Newman i doświadczenie wiary → zobacz 
drugi tekst: Newman – toast na cześć sumienia → zobacz 
trzeci: Newman – kanonizowane szczęście  → zobacz