Aktualności,  ON-LINE,  Oratorium Domowe

Newman – święty dla nas, inspiracja 30

 

św. Jan Henryk kard. Newman COr
Samozaparcie testem religijnej autentyczności 
„Kazania parafialne”, tom I, Kazanie 5.

„Teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu” (Rz 13, 11)

 

Przez „sen” w powyższym cytacie św. Paweł ma na myśli stan niewrażliwości na to, jakimi rzeczy są naprawdę w oczach Bożych. Gdy śpimy, jesteśmy wyłączeni z aktywności tego świata, tak jakby już nas nie dotyczyła. Toczy się ona dalej bez nas, lub też, jeśli nasz odpoczynek zostaje przerwany, a my mamy nieco mglistej świadomości na temat ludzi i wydarzeń wokół nas, jeśli usłyszymy głos lub zdanie i zobaczymy jakąś twarz, to jednakże nie jesteśmy w stanie uchwycić tych zewnętrznych rzeczy uczciwie i prawdziwie – pozostają one dla nas częścią naszych snów i zniekształcamy je do tego stopnia, że mało co przypominają to, czym tak naprawdę są. Taki jest właśnie stan ludzi, jeśli chodzi o prawdę religijną. Bóg zawsze jest Wszechmocny i Wszechwiedzący. Zasiada na swoim tronie w niebie, wypróbowując nerki i serca, a Jezus Chrystus, nasz Pan i Zbawca, siedzi po Jego prawicy, zaś dziesięć tysięcy aniołów i świętych usługuje Mu, pochłoniętych kontemplacją Boga lub wypełnianiem swojego posłannictwa miłosierdzia, łącząc ten niższy świat z Bożym dworem na wyżynach, przemieszczając się tam i z powrotem, tak jak na owej drabinie, którą zobaczył Jakub [1]. Ujawnienie nam owego niewidzialnego świata dokonuje się głównie dzięki Biblii, częściowo poprzez świat przyrody, częściowo poprzez obiegowe opinie ludzi, a częściowo poprzez sugestie serca i sumienia. Wszystkie zaś te środki poznania zebrane są i połączone w Kościele Świętym, który głosi nowinę całej ziemi i odnosi ją z mocą do pojedynczych umysłów, częściowo poprzez bezpośrednie pouczenie, a częściowo poprzez swoją własną formę i styl działania, dające świadectwo, tak iż prawdy religijne krążą po świecie niemalże jak światło dnia, a każdy zakątek i zaułek otrzymuje jakąś porcję owych błogosławionych promieni. Taka jest kondycja chrześcijańskiego kraju. Tymczasem, jak się mają sprawy z tymi, którzy w nim mieszkają? Słowa rozważanego tekstu przypominają nam o ich kondycji. Oni śpią. Podczas gdy słudzy Chrystusa używają zbroi światła, a wszystko mówi o Nim, ci nie „żyją przyzwoicie jak w jasny dzień” [2]. W sumie wielu żyje tak jakby światło nie padało na nich, ale ciągle trwał cień i zdecydowana większość z nich ledwie zdaje sobie sprawę z doniosłych prawd głoszonych wokoło. Oni to widzą i słyszą jak ludzie podczas snu, mieszając Święte Słowo Boga ze swoimi własnymi bezpodstawnymi wyobrażeniami. Jeśli zostaną poruszeni na chwilę, wkrótce i tak wracają do drzemki, nie pozwalają się obudzić i sądzą, że ich szczęście zasadza się na trwaniu w tym stanie, w jakim są.

Dalej, nie podejrzewam ani przez chwilę, bracia moi, że wy znajdujecie się w głębokim śnie grzechu. To nędzny stan, który, jak winienem sądzić, generalnie jest kondycją niewielu ludzi, przynajmniej w takim miejscu jak to. Jednakże, jeśli mi wolno, istnieje poważny powód do obawy, że wielu z was nie jest w pełni wybudzona, że choć wasze sny zostały zakłócone, to nadal są to sny, i że takie patrzenie na religię, które macie za prawdziwe nie jest tą wizją Prawdy, którą ujrzelibyście gdyby oczy wasze były otwarte, ale jest ono owym niewyraźnym, ułomnym, ekstrawaganckim obrazem, jaki człowiek widzi gdy śpi. Koniec końców, jakkolwiek by nie było, pożytecznym będzie jeśli, co daj Boże, zapytacie samych siebie, jeden po drugim, „Skąd wiem, że jestem na właściwej ścieżce? Skąd wiem, że mam prawdziwą wiarę i nie śnię?”

Okoliczności naszych czasów powodują, że bardzo trudno jest odpowiedzieć na powyższe pytania. Kiedy świat był przeciwny chrześcijaństwu, było stosunkowo łatwo. Ale, w pewnym sensie, świat jest teraz za nim. Nie chodzi mi o to, że nie ma buntowniczych ludzi, którzy wprowadziliby zamęt we wszystkie sprawy, gdyby tylko mogli, którzy nienawidzą religii i obaliliby każdą ustanowioną instytucję, która pochodzi od, albo jest związana z religią. Bez wątpienia takich ludzi jest wielu, ale z ich strony religia nie ma czego się obawiać. Prawda zawsze kwitła i umacniała się w czasie prześladowań. To, czego winniśmy się lękać, to fakt przeciwny, że wszystkie stanowiska, wszystkie pozycje, cała inteligencja i bogactwo kraju zasadzają się na religii. Mamy powód, by bać się okoliczności, w których wszystkie instytucje państwa opierają się na uznaniu religii za prawdziwą. Warci wszystkich zaszczytów są ci, którzy na niej je opierają! Żałosna jest wina, która ciąży na tych, którzy usiłowali, i którym częściowo się udało, wstrząsnąć tymi świętymi fundamentami! Jednak często zdarza się, że naszymi najbardziej zagorzałymi wrogami nie są ci najbardziej niebezpieczni – z drugiej strony, największe błogosławieństwa są najpoważniejszymi pokusami dla nieświadomych. A naszym zagrożeniem w chwili obecnej jest to, iż człowiek, mający ogólne usposobienie do religijności, szanujący Ewangelię i wyznający ją, a do pewnego stopnia będący jej posłusznym, tak bardzo promuje swoje ziemskie interesy, że trudno mu określić, czy naprawdę kieruje się wiarą, czy też pragnieniem korzyści doczesnych. Trudno jest znaleźć testy, które mogłyby uświadomić takiemu człowiekowi prawdę i wypróbować jego serce na sposób Tego, który ze swego Tronu na wyżynach wypróbowuje je za pomocą Wszechmogącej Mądrości. Nie da się zaprzeczyć, że uwaga skierowana ku obowiązkom religijnym stała się modą wśród sporej części społeczeństwa, tak znacznej, że dla wielu jednostek ta część to cały świat. Co jakiś czas jesteśmy zaskakiwani, gdy spotykamy osobę, która praktykuje modlitwę rodzinną, czytanie Pisma Świętego albo Komunię świętą, a po której nie spodziewalibyśmy się takiego wyznania wiary. Albo też słyszymy ludzi jak przyznają rację ewangelicznym prawdom Nowego Testamentu i popierają tych, którzy nimi się kierują. Wszystko to powoduje, że przyznawanie się do bycia uczniami Chrystusa leży w naszym interesie na tym świecie.

Jeszcze dalej idąc, koniecznie trzeba zauważyć, że pomimo owego ogólnego promowania gorliwości dla Ewangelii pośród wszystkich szanowanych ludzi dzisiaj, istnieje jednak powód do obaw, że ta Ewangelia, o którą zabiegają, w sumie nie jest prawdziwą Ewangelią. Bez wątpienia mamy powód, by być wdzięcznymi, kiedykolwiek widzimy osobę uczciwą na te wszystkie sposoby, które wymieniłem. Jednakże, w pewien sposób, istnieje powód, by być niezadowolonym z charakteru religii naszych czasów – niezadowolonym, po pierwsze, dlatego, że częstokroć te same osoby są bardzo niekonsekwentne – często, dla przykładu, przemawiają oni bezbożnie i bluźnierczo, wyśmiewają lub lekceważą sprawy święte, przemawiają przeciwko Kościołowi Świętemu lub przeciw błogosławionym Świętym z dawnych czasów, a nawet przeciwko wyróżnionym sługom Boga, przedstawionym nam w Piśmie świętym, albo też działają w świecie i wśród najgorszego rodzaju ludzi, a nawet gdy nie mówią tak jak oni, zwracają na nich uwagę bardziej niż na sługi Boże, albo są bardzo letni, niedbali i pozbawieni skrupułów w kwestiach postępowania, zwłaszcza, że wydaje się, iż nie kierują się oni zasadami, ale jedynie tym, co korzystne i dogodne. A wtedy ponownie, odkładając na bok nasz osąd tych ludzi jako jednostek i myśląc o nich tak dobrze jak tylko jesteśmy w stanie (co, oczywiście, jest naszym obowiązkiem), to jednak, ostatecznie, przyjmując samą tylko wielką ich liczbę jako objaw stanu rzeczy, przyznaję, że jestem podejrzliwy wobec jakiejkolwiek religii, która jest religią narodową, albo religią epoki. Nasz Zbawiciel mówi: „Wąska jest droga” [3]. To, oczywiście, nie może zostać zinterpretowane inaczej jak tylko z wielką ostrożnością. Jednakże z pewnością całe przesłanie natchnionej Księgi prowadzi nas do wiary w to, że Jego Prawda nie zostanie szczerze przyjęta przez wielu, bo jest sprzeczna z prądem ludzkich uczuć i opinii i biegiem spraw doczesnych, a tak dalece jak jest przyjmowana przez człowieka, będzie przez niego samego negowana, to jest, przez jego starą naturę, która w nim pozostaje, a następnie przez wszystkich innych, którzy jej nie otrzymali. „Światło świecące w ciemności” [4] jest znakiem prawdziwej religii, a choć bez wątpienia są chwile, kiedy rodzi się nagły entuzjazm wobec Prawdy, tak jak w historii św. Jana Chrzciciela, w którego „świetle” Żydzi byli „chętni rozradować się na jakiś czas” (J 5, 35), tak że nawet „przyjmowano od Niego chrzest w Jordanie, wyznając przy tym swoje grzechy” (Mt 3, 6), to jednak taka popularność Prawdy jest co najwyżej chwilowa, szybko przychodzi i szybko odchodzi, nie mając żadnego regularnego wzrostu i stałego miejsca. Tylko błąd rozwija się i jest przyjmowany serdecznie na szeroką skalę. Św. Paweł udzielił swojego ostrzeżenia co do naszego przypuszczenia, że Prawda zawsze będzie szczerze przyjmowana, bez względu na przejawy ogólnego wyznania wiary w nią, jak można przeczytać w ostatnim jego liście, gdzie mówi Tymoteuszowi, pośród innych smutnych proroctw, iż „ludzie źli i zwodziciele będą się dalej posuwać ku temu, co gorsze” (2 Tm 3, 13). Istotnie, Prawda posiada w sobie taką moc, że zmusza ludzi do wyznawania jej słowami, ale gdy przechodzą oni do czynów, zamiast być jej posłusznymi, podstawiają w jej miejsce jakiegoś bożka. W takich warunkach, kiedy dużo się mówi o religii w danym kraju i pochwala się to, że jest ogólne zainteresowanie nią, ostrożny umysł poczuje się zaniepokojony tym, czy tak naprawdę nie jest czczony jakiś fałsz zamiast niej, czy to czasem nie jakaś mrzonka człowieka zamiast prawd Słowa Bożego zyskała popularność i czy aby przyjęta forma kultu nie ma wiele więcej prawdy w sobie niż jest to konieczne, aby zalecić ją rozumowi i sumieniu – czy aby, krótko mówiąc, to co pociąga naśladowców to nie jest Szatan przemieniony w anioła światła aniżeli sama Światłość.

Jeśli zatem są teraz czasy, a zakładam, że tak jest, kiedy ogólne wyznawanie religii jest uważane za godne poszanowania i właściwe dla ludzi z zacnych i porządnych klas społecznych, okoliczność ta nie powinna pomniejszać waszego niepokoju co do waszego własnego stanu przed Bogiem, ale raczej, można by rzec, zwiększać go, z dwóch powodów. Po pierwsze, ponieważ jesteście w niebezpieczeństwie dobrego postępowania z motywów światowych, a następnie, ponieważ możecie, przypadkowo, zostać oszukani na temat Prawdy przez swego rodzaju pomysłowość, którą świat daje, jak fałszywą monetę, w miejsce Prawdy.

Istotnie, niektórzy z tych, którzy teraz mnie słyszą, są w sytuacji, w której są jakby osłonięci od wpływu świata, jakikolwiek by nie był. Są osoby tak szczęśliwie usytuowane, że mają religijnych przełożonych, którzy ich prowadzą tylko do tego, co dobre i którzy są dla nich życzliwi, a równocześnie pobożni. Oto ich szczęście i winni oni dziękować Bogu za ten dar, ale jest to też dla nich pokusą. Mają oni przynajmniej jedną z dwóch wcześniej wymienionych pokus. Dobre zachowanie jest w ich przypadku nie tylko kwestią obowiązku, ale korzyści. Jeśli są posłuszni Bogu, zyskują pochwałę zarówno od ludzi, jak i od Boga, dlatego trudno jest im rozpoznać czy postępują dobrze ze względu na sumienie czy na świat. Dlatego też, czy to w gronie rodzinnym, czy w świecie, na wszystkich stanowiskach życia publicznego, ludzie znajdują się w znaczącym niebezpieczeństwie w dzisiejszych czasach, więcej niż zwyczajnym niebezpieczeństwie oszukiwania siebie i zasypiania, podczas gdy sądzą, że czuwają.

Jak zatem możemy się sprawdzić? Czy można wskazać jakiś test, który da pewność naszym umysłom w tej kwestii? Nie można przeprowadzić żadnych niepodważalnych testów. Nie możemy być tutaj całkowicie pewni. Musimy strzec się niecierpliwości co do wiedzy na temat naszego stanu faktycznego. Św. Paweł sam nie wiedział aż do ostatnich dni swego życia, o ile wiemy, że był jednym z wybranych Boga, którzy nigdy nie zginą. Powiedział: „Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia” (1 Kor 4, 4), to znaczy, choć nie jestem świadomy zaniedbań obowiązku, to jednak czyż nie jestem niepewny akceptacji? Nie sądźcie przedwcześnie. Podobnie mówi on w innym miejscu: „poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę, sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego” (1 Kor 9, 27). A jednak, chociaż ta absolutna pewność naszego wybrania do chwały jest nieosiągalna, a pragnienie, by ją posiąść jest niecierpliwością, która źle służy grzesznikom, to niemniej jednak przyjemna nadzieja, trzeźwa i stonowana wiara w to, że Bóg nam przebaczył i usprawiedliwił nas ze względu na Chrystusa (niech Jego Imię będzie błogosławione!) jest możliwa do uzyskania, zgodnie ze słowami św. Jana: „jeśli serce nas nie oskarża, mamy ufność wobec Boga” (1 J 3, 21). Pytanie zaś brzmi: jak mamy do tego dojść w okolicznościach, w jakich się znajdujemy? Na czym to ma polegać?

Jeśli znajdowalibyśmy się na ziemi pogańskiej, tak jak też powiedziałem, byłoby łatwo udzielić odpowiedzi. Samo wyznawanie Ewangelii stanowiłoby niemalże dowód autentycznej wiary, o ile tylko moglibyśmy mieć dowód, bo takie wyznawanie wiary wśród pogan prawie na pewno oznaczałoby prześladowanie. Stąd w listach apostolskich tak pełno wyrazów radości w Panu Jezusie oraz w triumfującej nadziei zbawienia. Tak samo pewnym mógł być ten, kto cierpiał dla Chrystusa. „Ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość – wypróbowaną cnotę, wypróbowana cnota zaś – nadzieję” (Rz 5, 3-4). „Odtąd niech już nikt nie sprawia mi przykrości: przecież ja na ciele swoim noszę blizny, znamię przynależności do Jezusa” (Gal 6, 17). „Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele” (2 Kor 4, 10). „A nadzieja nasza co dla was jest silna, bo wiemy, że jak cierpień jesteście współuczestnikami, tak i naszej pociechy” (2 Kor 1, 7). Te i podobne teksty należą do tych tylko, którzy świadczyli o Prawdzie tak jak pierwsi chrześcijanie. Są oni poza naszym zasięgiem.

To jest pewne, ale ponieważ natura chrześcijańskiego posłuszeństwa jest taka sama w każdej epoce, ciągle przynosi ono, tak jak wtedy, dowody Bożej łaski. Naprawdę nie możemy upewnić się co do naszej przynależności do prawdziwych sług Boga, takich jak pierwsi chrześcijanie, lecz możemy posiąść pewien stopień pewności przez ten sam rodzaj dowodu – dowodu samozaparcia. To był wielki dowód, który dali pierwsi uczniowie, a który my też możemy dać. Zastanówcie się nad słowami naszego Zbawiciela: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Mk 8, 34) „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26-27). „Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła” (Mk 9, 43-47).

Teraz zaś, bez próby dokładnego wyjaśnienia takich fragmentów Pisma św. jak te powyższe, które bez wątpienia nie mogą zostać zrozumiane bez pełni łaski, danej bardzo niewielu ludziom, to przynajmniej wiele się od nich uczymy o tym, że konsekwentne zapieranie się siebie to najważniejszy obowiązek, mało tego, że może ono być uważane za sprawdzian tego, czy jesteśmy uczniami Chrystusa, czy też żyjemy tylko we śnie, który błędnie bierzemy za chrześcijańską wiarę i posłuszeństwo, albo czy naprawdę czuwamy, nie śpimy, idąc w świetle dnia po naszych drogach ku niebu. Pierwsi chrześcijanie szli drogą samozaparcia w wyznawaniu Ewangelii. Jakie są nasze drogi zapierania się siebie, teraz gdy wyznawanie Ewangelii nie jest samozaparciem? W jakim sensie my wypełniamy słowa Chrystusa? Czy mamy wyraźne pojęcie co oznaczają słowa „brać swój krzyż”? W jaki sposób postępujemy, a w jaki nie powinniśmy postępować, zakładając, że Biblia i Kościół nie byłyby znane w tym kraju, a religia, istniejąca pośród nas, byłaby tylko modą tego świata? Co robimy, co do czego mamy powody ufać, że jest czynione ze względu na Chrystusa, który nas wykupił?

Wiecie wystarczająco dobrze, że uczynki uważa się za owoce i dowód wiary. O wierze mówi się, że jest bez nich martwa [5]. Zatem, jakie uczynki możemy pokazać z rodzaju tych, które dają nam „pewność”, tak abyśmy „w dniu Jego przyjścia nie doznali wstydu” (1 J 2, 28)?

Odpowiadając na to pytanie zauważam przede wszystkim, że zgodnie z Pismem, samozaparcie, które jest sprawdzianem naszej wiary, musi dokonywać się co dnia. „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Łk 9, 23) Tak właśnie św. Łukasz zapisuje słowa naszego Zbawiciela. Wydaje się przeto, że chrześcijańskie posłuszeństwo nie polega tylko na okazjonalnych wysiłkach, kilku przypadkowych dobrych uczynkach, albo na pewnym okresie pokuty, modlitwy i aktywności – to błąd, w który są skłonne wpadać umysły niektórych ludzi. Jest to rodzaj posłuszeństwa, który decyduje o tym, kogo świat nazywa wielkim człowiekiem, to znaczy, człowiekiem, który ma kilka szlachetnych cech i co jakiś czas postępuje heroicznie, tak by zadziwić i podbić umysły widzów, ale który w życiu prywatnym nie ma trwałej osobistej religijności, nie porządkuje swoich myśli, słów i czynów według prawa Bożego. Znowuż, słowa co dnia wskazują, że samozaparcie, które jest przyjemne dla Chrystusa, opiera się na małych rzeczach. To jasne, bo okazja do wielkich wyrzeczeń nie zdarza się każdego dnia. Tak więc, brać krzyż Chrystusa to nie wielkie dzieło wykonane raz na zawsze, ale stałe wypełnianie małych obowiązków, które są dla nas nieprzyjemne.

Jeśli więc ktoś pyta jak ma poznać czy śni snem świata czy też prawdziwie czuwa i żyje dla Boga, niech najpierw skupi swój umysł na takich czy innych nie dających spokoju słabościach. Każdy, kto w ogóle ma zwyczaj badania samego siebie musi być świadomy, że je ma. Wielu ludzi ma więcej niż jedną, a każdy z nas ma taką czy inną, a w stawianiu im oporu albo przezwyciężaniu ich samozaparcie ma swoje pierwsze zastosowanie. Jeden człowiek jest leniwy i ma zamiłowanie do zabawy, inny jest namiętny lub kłótliwy, inny jest próżny, inny nie kontroluje swojego języka, inni są słabi i nie potrafią stawić oporu kpinom bezmyślnych towarzyszy, inni są dręczeni złymi namiętnościami, których się wstydzą, ale którym się poddają. Zatem, niech każdy zastanowi się, jaki jest jego słaby punkt – w nim leży jego próba. Próba ta nie zasadza się na tych sprawach, które są łatwe dla człowieka, ale na tej jednej rzeczy, na tych kilku rzeczach, jakiekolwiek by nie były, w których wypełnianie obowiązków jest wbrew naturze. Nigdy nie uważajcie się za bezpiecznych ponieważ wypełniacie swoje obowiązki w dziewięćdziesięciu dziewięciu punktach – to ten setny punkt stanowi miejsce dla wyrzeczenia się siebie, które musi udowodnić, albo raczej dać wyraz i zrealizować waszą wiarę. To w odniesieniu do tego właśnie punktu musicie czuwać i modlić się – modlić się stale o Bożą łaskę, by wam pomogła i czuwać z lękiem i drżeniem, byście nie upadli. Inni ludzie mogą nie wiedzieć jakie są owe słabe cechy waszego charakteru i mogą się mylić. Ale wy możecie je poznać – poprzez ich domysły i aluzje, wasze własne obserwacje oraz światło Ducha Bożego. Ach, obyście mieli siłę do zmagania się z nimi i pokonywania ich! Ach, obyście mieli mądrość, by nie troszczyć się za bardzo o religię światową albo o pochwałę, jaką otrzymujecie od świata i o waszą zgodę na to, co inteligentni ludzie, albo wpływowi ludzie, czy też co wielu ludzi czyni standardem religijności, gdy go porównać do ukrytej świadomości, iż jesteście posłuszni Bogu tak w małych rzeczach jak i w wielkich, w setnym obowiązku jak i w dziewięćdziesięciu dziewięciu! Ach, obyście mogli w pewnym sensie wymieść dom z pilnością i odkryć czego wam brakuje z pełnej miary posłuszeństwa! Bądźcie bowiem pewni, że ten pozornie mały defekt wpłynie na całość waszego ducha i osąd wszystkich rzeczy. Bądźcie całkiem pewni, że wasz osąd ludzi i wydarzeń, czynów i nauk, jak i waszego nastawienia wobec Boga i ludzi, waszej wiary w doniosłe prawdy Ewangelii i waszego poznania obowiązków zależą w przedziwny sposób od tego usilnego starania się by przestrzegać całego prawa, od owego samozaparcia w rzeczach małych, w których posłuszeństwo jest samozaparciem. Nie bądźcie zadowoleni z ciepła wiary, prowadzącej was przez wiele trudności, nawet przy waszym posłuszeństwie, popychającym was poza ludzki lęk, praktyki społeczne i przekonanie o korzyściach. Nie cieszcie się waszym doświadczeniem minionych łask Bożego miłosierdzia i pewnością tego, co On już uczynił dla waszych dusz, jeśli jesteście świadomi tego, że zlekceważyliście tę jedną niezbędną rzecz – tego „jednego”, którego „ci brakuje” [6] – codziennego zapierania się siebie.

Jednak, oprócz tego, istnieją inne zdolności samozaparcia do wypróbowania waszej wiary i autentyczności, które warto wymienić. Może tak się zdarzyć, że grzech, na który jesteście najbardziej podatni, nie jest wywoływany każdego dnia. Na przykład, złość lub namiętność są nie do powstrzymania, gdy na was przyjdą, ale tylko czasami jesteście prowokowani, a wtedy nie macie się na baczności. Tak więc okazja mija, a wy zawiedliście zanim nawet uświadomiliście sobie, że nadchodzi. Jest więc właściwym, by wtedy niejako odkryć dla siebie codzienne samozaparcie, dlatego, że nasz Pan nakazuje wam wziąć swój krzyż każdego dnia i ponieważ to dowodzi waszej autentyczności, jak i dlatego, że czyniąc tak wzmacniacie waszą ogólną umiejętność panowania nad sobą i dochodzicie do takiego trwałego opanowania siebie, że obrona będzie gotowa, gdy czas pokusy nadejdzie. Powstańcie więc rankiem z takim nastawieniem, daj Boże, by dzień nie minął bez zapierania się siebie, z samozaparciem w niewinnych przyjemnościach i zamiłowaniach, jeśli nic się nie wydarzy, by zniweczyć grzech. Niech samo wstawanie z łóżka będzie umartwieniem siebie, niech posiłki będą umartwieniem. Zdecydujcie, by ustępować innym w kwestiach obojętnych, rezygnować z rzeczy małych, nie dogadzać sobie, tak jednak, by żaden obowiązek nie ucierpiał przez to bezpośrednio, raczej niż mielibyście zrezygnować z codziennej dyscypliny. Taka była metoda psalmisty, który mówił: „Co dnia bowiem cierpię chłostę, każdego ranka spotyka mnie kara” (Ps. 73, 14). To była metoda św. Pawła, który pisał: „lecz poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę” (1 Kor 9, 27). Oto wspaniała idea postu. Człowiek mówi sobie: „Skąd mam wiedzieć, że jestem autentyczny?” Sugerowałbym mu składać ofiarę, uczynić coś nieprzyjemnego, do robienia czego nie jest zobowiązany, tak, by to było zgodne z prawem, aby uświadomił sobie, że naprawdę kocha swojego Zbawiciela, że nienawidzi grzechu, że nienawidzi grzesznej natury, że odsunął na bok świat doczesny. W ten sposób będziecie mieć do pewnego stopnia dowód, że nie tylko używacie słów. Łatwo czynić wyznania, łatwo wypowiadać wspaniałe rzeczy w mowie lub na piśmie, łatwo zadziwić ludzi prawdami, których nie znają i uczuciami, które wznoszą się ponad ludzką naturę. „Ty natomiast, o człowiecze Boży, uciekaj od tego rodzaju rzeczy, a podążaj za sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością, łagodnością!” [7]. Nie pozwólcie waszym słowom dalej płynąć – przekuwajcie każde jedno w czyn, gdy jest wypowiadane i w ten sposób, oczyszczając się z wszelkiej nieczystości ciała i ducha, udoskonalajcie świętość w bojaźni Bożej. W snach czasem poruszamy naszymi rękami, by sprawdzić, czy śpimy czy nie i w ten sposób się budzimy. To też sposób by utrzymywać nasze serca w stanie czuwania. Sprawdzajcie się każdego dnia w małych rzeczach by dowieść, że wasza wiara jest czymś więcej niż oszustwem.

Zdaję sobie sprawę z faktu, że wszystko to stanowi trudną naukę, trudną nawet dla tych, którzy ją uznają i potrafią bardzo dokładnie opisać. Istnieją takie niedoskonałości, takie niezgodności w sercu i w życiu nawet najlepszych ludzi, że ciągła skrucha musi iść w parze z naszymi wysiłkami ku posłuszeństwu. Tak bardzo potrzebujemy łaski Chrystusowej krwi, by obmyła nas z win, które codziennie zaciągamy, tak bardzo potrzebujemy wsparcia obiecanego przez Niego Ducha! A On z pewnością udzieli wszystkich bogactw miłosierdzia swoim wiernym sługom. Z pewnością jednak nie raczy udzielić mocy wiary w Niego i błogosławieństwa zjednoczenia z Nim nikomu, kto nie jest tak gorliwy w posłuszeństwie Jemu, jak gdyby zbawienie zależało od niego samego.

 

tłum. Marcin Kuczok

Tłumaczenie ukazało się drukiem w Oratoriana nr 79(2014), s. 99-110 (ISSN 2080-105X)

 

 

[1] Zob. Rdz 28, 10-22 (przyp. tłum.).
[2] Zob. Rz 13, 13 (przyp. tłum.).
[3] Zob. Mt 7, 14 (przyp. tłum.).
[4] Zob. J 1, 5 (przyp. tłum.).
[5] Zob. Jk 2, 17 (przyp. tłum.).
[6] Zob. Mk 10, 21 (przyp. tłum.).
[7] 1 Tm 6, 11 (przyp. tłum.).