Aktualności,  ON-LINE,  Oratorium Domowe

Newman – święty dla nas, inspiracja 31

 

św. Jan Henryk kard. Newman COr
Uduchowiony umysł

„Kazania parafialne”, tom I, Kazanie 6.

„Albowiem nie w słowie, lecz w mocy przejawia się królestwo Boże” (1 Kor 4, 20) 

 

Na ile jesteśmy lepsi jako członkowie Kościoła chrześcijańskiego? To pytanie stale zaprząta naszą uwagę. Jest jednak rzeczą właściwą, by od czasu do czasu zbadać swoje serce z większą niż zazwyczaj troską, wypróbowując je według wymagań owej oświeconej przez Boga natury, która jest w Kościele i w świętych dziełem Ducha Świętego, nazywanej przez św. Pawła „duchem”.[1] Pytam zatem: w jaki sposób jesteśmy lepsi jako uczniowie Chrystusa? Jaki powód mamy, by sądzić, że nasze życie jest inne, niż gdybyśmy byli poganami? Czy, idąc za słowami rozważanego fragmentu Biblii, otrzymaliśmy królestwo Boże w słowie, czy też w mocy? Uczynię kilka uwag w celu wyjaśnienia tego pytania, co, za łaską Bożą, może pomóc wam, bracia moi, w udzieleniu na nie odpowiedzi.

1. Po pierwsze, jeśli zdobylibyśmy uczciwe wyobrażenie co do tego, na ile znajdujemy się pod wpływem Ewangelii, to oczywiście musielibyśmy odsunąć wszystko to, co wykonujemy jedynie naśladując innych, a nie z pobudek religijnych. Nie, żebyśmy nie potrafili właściwie podzielić naszych dobrych słów i uczynków na dwie grupy i powiedzieć, co jest wykonywane z wiary, a co jest czynione tylko przez przypadek i w nieplanowany sposób, ale bez umiejętności wytyczenia tej granicy jest oczywistym, że tak wiele z naszego pozornego posłuszeństwa Bogu wyrasta jedynie z posłuszeństwa światu i jego modom, albo też, że tak bardzo trudno jest orzec, co jest czynione w duchu wiary, iż po zastanowieniu dochodzimy do wielkiego rozczarowania samymi sobą, jak też, w zupełnie urojony sposób, naszym życiem w przeszłości. Niech człowiek tylko trochę zastanowi się nad ilością i różnorodnością złych lub niedorzecznych myśli, które do niego przychodzą i które zachowuje dla siebie, bo byłby zawstydzony, wyrażając je w słowach, a zaraz ujrzy jak bardzo słabym testem jego prawdziwej świętości jest w oczach Boga jego zewnętrzne postępowanie w życiu. Lub też, niech zastanowi się nad tymi wszystkimi sytuacjami, gdy brał udział w publicznych nabożeństwach zgodnie z naturalnym porządkiem rzeczy, ponieważ inni tak czynią, bez poważnego zaangażowania, albo o tych wszystkich momentach, gdy nie zdołał stawić czoła pokusom, gdy przyszły na niego, które wcześniej razem z innymi ludźmi bagatelizował w rozmowach, być może oskarżając tych, którzy zostali przez nie opanowani, a będzie musiał przyznać, że jego zewnętrzne postępowanie jest kształtowane nieświadomie przez maniery tych, z którymi żyje, że obok dobrego natchnienia, wypływającego z serca, oddziałują na nie zewnętrzne impulsy. Zatem, gdy tak mówię, czy potępiam to wszystko, co wykonujemy bez wyraźnego zastanawiania się nad obowiązkiem posłuszeństwa w chwili działania? Daleki od tego jestem. Człowiek pobożny, proporcjonalnie do tego, jak posłuszeństwo staje się dla niego coraz łatwiejszym, bez wątpienia będzie wykonywał swoje obowiązki nieświadomie. Będzie dla niego naturalnym to, że jest posłuszny i dlatego będzie wykonywał je naturalnie, to jest bez wysiłku lub zastanawiania się. To o trudnych rzeczach jesteśmy zobligowani pomyśleć przed ich wykonaniem. Prawdą jest, że gdy ujarzmimy nasze serca w jakiejś sprawie, nie myślimy o obowiązku, gdy mu się podporządkowujemy więcej niż myślimy o tym, jak chodzić gdy chodzimy, albo według jakich zasad wykonywać taką sztukę, którą doskonale opanowaliśmy. Osobne akty wiary pomagają nam tylko wtedy, gdy jesteśmy chwiejni. Gdy nabierzemy siły, jeden tylko rozszerzony akt wiary, jeśli tak można go nazwać, wywiera na nas wpływ przez cały dzień – i cały dzień staje się też jednym aktem posłuszeństwa. Nie ma wówczas rozdrabniania naszej wiary na poszczególne uczynki. Nasza wola odpowiada woli Bożej. Oto prawdziwy przywilej solidnych chrześcijan i nie jest niczym więcej jak tylko względnie wyrachowanym sposobem służenia Bogu myślenie podczas działania: „jeśli tego nie zrobię, ryzykuję swoje zbawienie, a jeśli to zrobię, to mam szansę być zbawionym” – względnie pełnym płaszczenia się sposobem, bo jest to najlepszy i jedyny sposób dla grzeszników takich jak my, by zacząć służyć Bogu. Mimo to, gdy wzrastamy w łasce, odrzucamy dziecinne rzeczy. Jesteśmy wówczas w stanie stać wyprostowanymi jak dorośli ludzie, bez chodzików i innych pomocy, których wymaga nasze niemowlęctwo. Oto szlachetny sposób służenia Bogu: wykonywać coś bez zastanawiania się nad tym, bez wyrachowania i argumentowania, z miłości wobec dobra i nienawiści wobec zła, choć ostrożnie oraz w modlitwie i czuwaniu, ale hojnie, tak że gdybyśmy zostali nagle zapytani dlaczego tak właśnie postępujemy, moglibyśmy tylko odpowiedzieć: „bo to nasz sposób” albo „bo Chrystus tak czynił”, tak spontanicznie, by nie wiedzieć tak do końca, że czynimy dobro i że nie czynimy zła, to znaczy, bardziej z instynktownego lęku przed grzechem, niż z dokładnej i ostrożnej oceny stopnia naszego posłuszeństwa. Stąd wypływa fakt, że najlepsi ludzie są zawsze najpokorniejsi. Co do innych powodów – to dlatego zwłaszcza, że są oni przyzwyczajeni do bycia pobożnymi. Zaskakują oni innych, ale nie siebie samych. Zaskakują innych swoim wielkim spokojem i wolnością od myślenia o sobie. To właśnie znaczy mieć wielki umysł, mieć w sobie owo „książęce serce niewinności”, o którym mówi Dawid. [2] Zwykli ludzie widzą Boga z daleka. W swoich wysiłkach, by być pobożnymi, mozolnie idą oni naprzód sami, jakby prowadzeni odległym światłem i muszą dokonywać obrachunku oraz szukać drogi. Jednak, doświadczony w latach chrześcijanin, który za łaską Bożą znalazł się blisko Boga, wybraniec Boży, w którym mieszka Błogosławiony Duch, nie wygląda za drzwi w poszukiwaniu śladów Boga – jest pobudzany przez mieszkającego w nim Boga i potrzebuje jedynie kierować się instynktem. Nie twierdzę, że taki człowiek w ogóle istnieje, bo to życie anielskie, ale to właśnie ten stan umysłu, który jest pielęgnowany przez gorliwą modlitwę i czuwanie.

Jakże różni się owo szlachetne posłuszeństwo od tej nieplanowanej, nieświadomej drogi czynienia dobra, która dla tak wielu ludzi wydaje się stanowić życie religijne! Doskonałe posłuszeństwo, które opisuję to posłuszeństwo z nawyku. Zatem, posłuszeństwo, które potępiam jako nieprawdziwe może zostać nazwane posłuszeństwem z obyczaju. Jedno pochodzi z serca, drugie z ust, jedno dokonuje się w mocy, drugie w słowach, pierwsze nie może zostać zdobyte bez dużej ilości stałego czuwania, ogólnie nie bez bólu i trudu, drugie jest jedynie wynikiem biernego naśladowania tych, z którymi przebywamy. Dlaczego muszę opisywać to, co poświadcza doświadczenie każdego człowieka? Dlaczego dzieci uczą się swojego języka ojczystego, a nie jakiegoś obcego? Czy one się nad tym zastanawiają? Czy są lepsze czy gorsze jeśli chodzi o naukę jednego języka, ale nie drugiego? Ich charakter oczywiście jest taki sam, jakim byłby też w drugim przypadku. Na ile zatem my jesteśmy lepsi lub gorsi jeśli mamy tylko ten sam bierny sposób dopuszczania do naszych umysłów pewnych poglądów religijnych i tylko przyzwyczailiśmy się do słów i uczynków otaczającego nas świata? Zakładając, że nigdy nie usłyszelibyśmy o Ewangelii, czyż nie powinniśmy robić dokładnie tego, co robimy, nawet w pogańskim kraju, jeśli miejscowe zwyczaje, z takiego czy innego powodu, byłyby równie przyzwoite i zewnętrznie pobożne? Oto pytanie, które musimy zadać sami sobie. A jeśli uświadamiamy sobie, że nie jesteśmy zbytnio zainteresowani tym pytaniem i nie mamy żadnych wartych wymienienia obaw o to, że się mylimy i żadnego niepokoju o to, co jest dobre, to czyż nie jest oczywistym, że żyjemy dla świata, a nie dla Boga i że bez względu na cnoty, jakie możemy posiadać, to jednak Ewangelia Chrystusa przyszła do nas nie w mocy, ale tylko w słowie?

Zasugerowałem właśnie do rozważenia pewien temat, dotyczący przyjęcia przez nas królestwa Bożego, mianowicie, zbadanie czy przyjęliśmy je bardziej niż tylko zewnętrznie,

2. ale będę kontynuował twierdzenie, że mogliśmy je przyjąć w głębszym sensie niż tylko w słowie, a jednak nie w żaden realny sposób z mocą; innymi słowy, że nasze posłuszeństwo może mieć charakter religijny, a jednak raczej nie zasługuje na tytuł chrześcijańskiego. Na pierwszy rzut oka może to być zaskakujące twierdzenie. Niektórym z nas może się wydawać, że nie ma różnicy pomiędzy byciem pobożnym, a byciem chrześcijaninem i że naleganie na różnicę służy mieszaniu ludziom w głowach. Posłuchajcie mnie jednak. Czy nie sądzicie, że jest możliwym, aby ludzie wypełniali swój obowiązek, to jest, byli pobożni, w pogańskim kraju? Bez wątpienia jest to możliwe. Św. Piotr mówi, że w każdym narodzie ten, który boi się Boga i postępuje sprawiedliwie podoba się Bogu (Dz 10, 35). Dalej, czy z tego względu tacy ludzie stają się chrześcijanami? Z pewnością nie. Wydawałoby się więc, że jest możliwym bać się Boga i postępować sprawiedliwie, nie będąc chrześcijaninem, bo być chrześcijaninem, obyśmy poznali tę prawdę, oznacza tak właśnie czynić i czynić dużo więcej niż to. Oto zatem mamy nowy temat w poznawaniu siebie. Czyż ludzie nie rozwodzą się z satysfakcją nad swoimi dobrymi uczynkami, zwłaszcza kiedy, z takiego czy innego powodu, gryzie ich sumienie? Albo kiedy mają zastanawiać się nad śmiercią, wtedy zaczynają w myślach zwracać się ku temu jak się oczyścić z zarzutów przed Bożym sądem. Wtedy zaś ulgę przynosi im to, że potrafią doszukać się w swojej przeszłości jakichkolwiek uczynków, które mogą zostać uznane za religijne w jakimkolwiek znaczeniu. Możecie usłyszeć jak niektórzy ludzie pocieszają się tym, że nigdy nikogo nie skrzywdzili i że nigdy nie poddali się otwarcie rozrzutnemu lub buntowniczemu stylowi życia. Inni są w stanie powiedzieć więcej – mogą mówić o swojej uczciwości, pracowitości i ogólnej sumienności. Powiemy, że dobrze opiekowali się oni swoimi rodzinami, nigdy nikogo nie okradli ani nie oszukali i cieszyli się dobrym imieniem w świecie. Mało tego, w pewnym sensie żyli w bojaźni Bożej. Przyznam im to wszystko i wiele więcej, ale prawdopodobnie nie są oni wcale chrześcijanami w swoim posłuszeństwie. Przychylę się do tego, że te szlachetne i religijne czyny są prawdziwie owocami wiary, nie tylko czymś zewnętrznym, wykonywanym bez pomyślunku, ale pochodzą z serca. Przyznam, że rzeczywiście zasługują oni na pochwałę i, kiedy człowiek z braku możliwości nie posiada większej wiedzy, naprawdę podobają się oni Bogu. Jednakże, owe uczynki o niczym nie świadczą jeśli chodzi o przyjęcie przez człowieka Ewangelii Chrystusowej w mocy. Dlaczego? Z tej prostej przyczyny, że nie wystarczają one. Chrześcijańska wiara i posłuszeństwo są na tym wszystkim budowane, ale tylko budowane. To nie to samo. Być chrześcijaninem z pewnością nie wystarcza, by być tym, czym mamy być i powinniśmy być, nawet bez Chrystusa; nie wystarcza, by być tak samo dobrym jak dobrzy poganie; nie wystarcza, by być, do pewnego małego stopnia, sprawiedliwym, uczciwym, opanowanym i religijnym. Tak naprawdę powinniśmy być sprawiedliwi, uczciwi, opanowani i religijni zanim dostąpimy łaski Chrystusa, a ćwiczenie się w sprawiedliwości i innych cnotach jest sposobem, zwyczajnym sposobem, w który przyjmujemy pełnię królestwa Bożego. Bez wątpienia, jakikolwiek człowiek, pogardzający tymi, którzy próbują owe cnoty praktykować – mam na myśli uczciwych ludzi, którzy jednak nie ujrzeli jasno i nie przyjęli systemu Ewangelii – i nazywający ich lekceważąco „zwykłymi ludźmi z zasadami”, taki człowiek nie wie, z jakiego ducha przemawia i lepiej by było, żeby uważał na to, jak wypowiada się przeciwko dziełom nieprzeniknionego Ducha Bożego. Nie mam zamiaru przestraszyć tych niedoskonałych chrześcijan, ale poprowadzić ich, otworzyć ich umysły na wielkość czekającego na nich zadania, rozproszyć ubogie i przyziemne poglądy, poprzez które przyszła do nich Ewangelia, ostrzec ich, że nigdy nie wolno być zadowolonym z samego siebie, ani stać nieruchomo i zaniechać wysiłku, ale że muszą podążać naprzód ku doskonałości, że dopóki nie będą czymś więcej niż są obecnie, przyjmują królestwo Boże w słowie, a nie w mocy, że nie są ludźmi duchowymi i nie mogą mieć komfortu poczucia obecności Chrystusa w swoich duszach, albowiem komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie.[3]

Czego zatem im brakuje? Odczytam kilka urywków Pisma Świętego, które to wyjaśnią. Św. Paweł mówi: „Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto stało się nowe.” I znowu: „Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie.” „Miłość Chrystusa przynagla nas.” „Obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni! Słowo Chrystusa niech w was przebywa z całym swym bogactwem.” „Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego.” Na koniec, pamiętne własne słowa naszego Zbawiciela: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (2 Kor 5, 14, 17; Gal 2, 20; Kol 3, 12-16; Gal 4, 6; Łk 9, 23) Jest więc teraz jasnym, że to zupełnie inny rodzaj posłuszeństwa niż ten, o którym nam mówi naturalny rozum i sumienie – inny nie w swej naturze, ale w doskonałości i osobliwości. To dużo więcej niż uczciwość, sprawiedliwość i opanowanie – i to właśnie znaczy być chrześcijaninem. Zwróćcie uwagę, pod jakimi względami różni się to od owego przyziemnego rodzaju religii, który możemy posiąść bez wchodzenia w ducha Ewangelii. Po pierwsze, pod względem wiary, pokładanej nie tylko w Bogu, ale w Bogu, który objawia się w Chrystusie, zgodnie z Jego własnymi słowami: „Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie!” (J 14, 1). Dalej, musimy czcić Chrystusa jako naszego Pana i Mistrza, i kochać Go jako naszego najłaskawszego Odkupiciela. Winniśmy posiadać głębokie poczucie naszej winy i trudu związanego z zapewnieniem sobie nieba, musimy żyć jakby w Jego obecności, codziennie przyznając się do Jego krzyża i męki, rozmyślając o Jego świętych przykazaniach, naśladując Jego bezgrzeszne postępowanie i polegając na łaskawej pomocy Jego Ducha, abyśmy prawdziwie mogli być sługami Ojca, Syna i Ducha Świętego, w którego imię zostaliśmy ochrzczeni. Co więcej, trzeba, abyśmy przez wzgląd na Niego stawiali sobie za cel szlachetną i niezwykłą surowość życia, udoskonalając się w świętości z bojaźnią Bożą, unicestwiając nasze grzechy, opanowując całą swoją duszę i oddając ją w niewolę Jego prawa, odmawiając sobie rzeczy, do których mamy prawo, aby służyć Jemu, praktykując pogłębioną pokorę i nieskrępowaną, niezawodną miłość, rozdając swój majątek w dziełach religijnych i uczynkach miłosierdzia, zawstydzając i omijając ludzi bezbożnych. Tym właśnie jest bycie chrześcijaninem – dar łatwy do opisania w kilku słowach, ale przyjmowany tylko z bojaźnią i drżeniem, [4] naprawdę obiecany i w pewnym stopniu przyznawany od razu każdemu, kto o niego prosi, ale zagwarantowany dopiero po wielu latach i nigdy w tym życiu nie urzeczywistniony w pełni. Bądźcie jednak pewni tego, że każdy z nas, kto ma możliwość otrzymania pouczenia i dosyć czasu, a mimo to nie posiada tego daru w wystarczającym stopniu, każdy kto do chwili, gdy przyjdzie śmierć, nie zdobył swojej części tego daru, którego pozyskanie wymaga upływu lat, a kto mógł go zdobyć, znajduje się w niebezpieczeństwie tak wielkim i strasznym, że nie chcę o nim mówić. Co do idei częściowego i zwyczajnego wypełniania obowiązków uczciwości, pracowitości, trzeźwości i umiarkowania, „znaczącej coś” dla człowieka (Gal 6, 15), nie ma ona poparcia w Piśmie Świętym. Trzeba nam powstać lub upaść, stosując się do innej, wznioślejszej zasady. Winniśmy stać się tym, co św. Paweł nazywa „nowym stworzeniem” (Gal 6, 15), to znaczy, musimy żyć i czcić Boga jako odkupieni przez Jezusa Chrystusa, w całej wierze i pokorze umysłu, z szacunkiem dla Jego słowa i nakazów, z wdzięcznością, poddaniem, miłosierdziem, łagodnością, czystością, cierpliwością i miłością.

Zatem, zastanawiając się nad zobowiązaniem do posłuszeństwa, które spoczywa na nas, chrześcijanach, pod następującymi dwoma względami, najpierw, w zestawieniu z powierzchownym jedynie wyznawaniem wiary tylko z nazwy, a następnie w kontraście z owym bardziej zwyczajnym posłuszeństwem, wymaganym nawet od tych, którzy nie mają Ewangelii, jakże oczywistym jest, że dalecy jesteśmy od królestwa Bożego! Niech każdy w swoim własnym sumieniu przyjrzy się sobie. Jestem pewien, że każdy ma nieco prawdziwej chrześcijańskiej zasady w swym sercu, ale niech zauważy, jak jest to mało prawdopodobnym. Oto myśl, która nie powinna nas powstrzymywać przed radowaniem się w Panu naszym Chrystusie, ale sprawić, że „radujemy się z drżeniem” (Ps 2, 11), służymy Bogu, modlimy się szczerze, by nas nauczył więcej na temat naszego obowiązku i wyrył zamiłowanie do wypełniania go w naszych sercach, pozwalając nam być posłusznymi zarówno w owym wolnym duchu, który potrafi czynić dobro bez zastanawiania się i wyrachowania, jak i z roztropnością tych ludzi, którzy wiedzą, iż ich zbawienie zależy od posłuszeństwa w rzeczach małych, z miłości wobec prawdy, która objawiła się w Tym, który jest Żyjącą Prawdą na ziemi, jest „Drogą, Prawdą i Życiem” (J 14, 6).

Innymi ludźmi się nie zajmujemy – nie wiemy jakie mają możliwości. Mogą istnieć tysiące osób na tej ludnej ziemi, które nigdy nie miały sposobności, by w pełni usłyszeć głos Chrystusa, a których cnoty niemalże ewangeliczne będą później przyjęte jako owoc wiary. Nie jesteśmy też w stanie poznać czyjegoś serca albo orzec, w jakim stopniu ktoś inny rozwinął swoje talenty. Wystarczy, że skupimy się na samych sobie. Żyjemy w pełnym świetle Ewangelii i w pełni łaski sakramentów. Winniśmy posiadać świętość apostołów. Nie ma powodu, za wyjątkiem naszego własnego rozmyślnego zepsucia, byśmy nie kroczyli śladami św. Pawła lub św. Jana, [5] podążając za nimi tak jak oni podążali za Chrystusem. Cóż to za myśl! Nie odrzucajcie jej, bracia moi, ale zabierzcie ją do waszych domów, a Bóg niech udzieli wam łaski, byście z jej rozważania odnieśli pożytek!

 

tłumaczenie: Marcin Kuczok

Przekład ukazał się drukiem w „Oratoriana” nr 80 (2014), s.93-102 (ISSN 2080-105X)

 

[1] Zob. 1 Kor 4, 21 (przyp. tłum.).
[2] Christian Year, Sixth Sunday after Trinity (W anglikańskim kalendarzu liturgicznym na szóstą niedzielę po Uroczystości Trójcy Świętej przypada czytanie z 1 Krl 3, 5-12, w którym Salomon mówi o łasce postępowania w prostocie serca, którą otrzymał od Boga jego ojciec, Dawid; zob. także Ps 51, 12, gdzie Dawid modli się o czyste serce i ducha niezwyciężonego. – przyp. tłum.).
[3] Zob. Łk 12, 48 (przyp. tłum.).
[4] Zob. Flp 2, 12 (przyp. tłum.).
[5] Dlatego, że w niniejszym kazaniu Newman powołuje się głównie na biblijne teksty autorstwa św. Pawła oraz św. Jana (przyp. tłum.).