Aktualności,  ON-LINE,  Oratorium Domowe

Newman – święty dla nas, inspiracja 44

 

św. Jan Henryk kard. Newman COr

Wyznawanie wiary bez pretensjonalności

„Kazania parafialne”, tom I, Kazanie 12.

„Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze.” (Mt 5,14)
tłumaczenie: Marcin Kuczok

 

W tym fragmencie Kazania na Górze Zbawiciel nakazał nam manifestować swoją wiarę przed wszystkimi ludźmi. „Jesteście światłem świata”, mówi swym uczniom. „Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.”[1] Potem zaś mówi nam: „Kiedy więc dajesz jałmużnę…, Gdy się modlicie…, Kiedy pościcie…, nie ludziom pokazać…, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu.” (Mt 6,2-18). Jak możliwe jest pogodzenie tych dwóch nakazów? Jakże mamy więc wyznawać, że jesteśmy chrześcijanami, a zarazem ukrywać nasze chrześcijańskie słowa, uczynki i akty samozaparcia?

Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie. To znaczy, postaram się wyjaśnić, jak możemy być świadkami Boga w świecie bez postawy roszczeniowej, bez udawania oraz bez aroganckiej i niestosownej pretensjonalności.

  1. Najpierw, zatem, wiele można powiedzieć o sposobie świadczenia o Chrystusie, które polega na stosowaniu się do nakazów Jego Kościoła. Ten, kto zwyczajnie czyni to, co nakazuje mu Kościół (o ile nie czyni czegoś więcej ponad to), składa dobre świadectwo wobec świata. Tego zaś nie sposób robić w ukryciu. Równocześnie, jest w nim niewiele, jeśli jest w ogóle, skupiania się na pokazywaniu samego siebie. Człowiek taki wykonuje tylko to, co mu nakazano czynić – nie bierze on odpowiedzialności za swoje czyny. Apostołowie i Męczennicy, na których zasadza się Kościół, jak również święci wszystkich wieków, którzy go przyozdobili, jak i jego głowy widzialne w obecnych wiekach, wszyscy oni przyjmują na siebie ciężar świadectwa takiego człowieka i biorą winę (tak to nazwijmy) pozornej pretensjonalności. Nie twierdzę, że ludzie bezbożni nie nazwą takiego człowieka chełpliwym, surowym, albo hipokrytą – nie o to się rozchodzi. Chodzi o to, czy zgodnie z Bożym osądem zasługuje on na taką ocenę, czy też raczej nie jest on właśnie takim, jakim Chrystus chciałby go widzieć, gdy prawdziwie i szczerze (cokolwiek świat by powiedział) włącza pokorę w odważne wyznawanie wiary wobec innych? Czyż tak postępując, nie głosi on Chrystusa bez uszczerbku dla własnej czystości, łagodności i umiarkowania charakteru? Jeśli człowiek występuje dla samego siebie, ogłaszając się świadkiem Chrystusa, wówczas istotnie martwi i niepokoi ducha pokoju, danego nam przez Boga. Jednakże miłosierna Opatrzność Boża oszczędza nam takiej pokusy i zabrania przyznawać się do niej. Bóg chce połączyć nas w jedno i pozwala nam schronić się z osobistym wyznaniem wiary w autorytecie wspólnego ciała. W ten sposób, ukazując się jako światła wobec świata dużo skuteczniej, niż gdybyśmy świecili oddzielnie, na odludziu, bez wzajemnej komunikacji jedni z drugimi, równocześnie robimy to z dużo większą dyskrecją i pokorą. Dlatego właśnie Kościół czyni dla nas tak wiele – wyznacza posty i święta, czas na modlitwę liturgiczną, porządek sakramentów, liturgię pogrzebu, a wszystko to w powiązaniu z ustalonymi formułami starannie dobranych słów. Dzieje się tak po to, aby zdjąć z nas, jak sądzę, ciężar pobożności publicznej, brzemię wymagania od siebie wielkich rzeczy, takich jak samodzielne układanie uroczystych modlitw. Jest to bowiem, delikatnie mówiąc, kwestia obca dla większości chrześcijan, zadanie, przed którym wzdrygają się ludzie pokorni, obawiając się uznania za hipokrytów, a które wyrządza krzywdę tym, którzy jednak się go podejmują, bo czyni z nich ich ludzi zarozumiałych i nieczystych. Pragnę omówić ten temat z perspektywy praktyki, bo jestem pewny, że jeśli pragniemy uczciwie rozszerzać wiedzę na temat Prawdy, możemy czynić to z dużo większą mocą, jak również czystością, trzymając się razem, aniżeli dając świadectwo w pojedynkę. Można zauważyć, że ludzie przyjmują wszelkiego rodzaju najdziwniejsze sposoby oddawania chwały Bogu, a przynajmniej tak im się wydaje. Jeśli zaś robiliby tylko to, co nakazuje im Kościół – przychodzili na mszę w niedziele i święta, albo nawet każdego dnia, szanowali przykazania, wypełniając je w posłuszeństwie i poddawali swoje życie rodzinne duchowi modlitwy, to twierdzę, że, ogólnie rzecz ujmując, uczyniliby dalece więcej niż poprzez wprowadzanie nowych religijnych programów, zakładanie nowych kościelnych stowarzyszeń, czy też podążanie za nowymi prądami duchowości. Pomijam wielkie błogosławieństwo, jakiego mogą się spodziewać, idąc drogą obowiązku, które jest na pierwszym miejscu.

  2. Pierwsza z dróg wyznawania wiary nie na pokaz została nam podana – jest nią posłuszeństwo Kościołowi. Teraz, w następnej kolejności, rozważcie jak wielkie wyznanie wiary, ale jakże nieświadome i skromne wyznanie, wyrasta ze zwyczajnego sposobu życia gorliwego chrześcijanina samego w sobie. Niech ta myśl przyniesie pociechę niespokojnym umysłom, które obawiają się o to, że mogą nie wyznawać Chrystusa, a drżą przed wiarą na pokaz. Twoje życie ukazuje Chrystusa bez Twojej intencji, by tak się działo. Nic na to nie możesz poradzić. Twoje słowa i czyny będą wskazywać w dalszej perspektywie, jak to się mówi, gdzie znajduje się Twój skarb i gdzie jest Twoje serce.[2] Z obfitości Twojego serca Twoje usta wypowiadają słowa „przyprawione solą”.[3] Czasami spotykamy ludzi, którzy stawiają sobie za cel wypełnianie swoich obowiązków w codziennym życiu, ale są zaskoczeni, gdy dowiadują się, że ludzie niedbali i światowi wyśmiewają się z nich i obsypują przezwiskami. Tak właśnie powinno być – tak powinno być, że są oni zaskoczeni. Jeśli szeregowy chrześcijanin spodziewa się, że dokona poruszenia w świecie, istnieje lęk o to, by nie okazał się on za mało pokorny. Ci jednak, którzy trwają spokojnie na drodze posłuszeństwa, a mimo to zostają wypatrzeni przez czujny wzrok pełnego zazdrości, samopotępienia i pychy świata, a którzy, odkrywszy swoje położenie, z początku wycofują się z niego w rozpaczy, potem zaś badają, czy nie zrobili czegoś źle, a ostatecznie tego żałują, ale powoli i nieśmiało, jeśli w ogóle, uczą się jak się w takim położeniu rozradować, są owcami Chrystusa. Oto ci, którzy podążają za Tym, który był cichy i pokornego serca,[4] Jego wybrani, w których widzi On odbicie swojego własnego obrazu. Rozważcie, w jaki sposób ludzie ci ukazują swoje światło pośród nikczemnego świata, a czynią to nieświadomie. Mojżesz zszedł z góry i „nie wiedział, że skóra na jego twarzy promieniała na skutek rozmowy z Panem”. Jednak, „gdy Aaron i Izraelici zobaczyli Mojżesza z dala i ujrzeli, że skóra na jego twarzy promienieje, bali się zbliżyć do niego” (Wj 34, 29-30). Kto może oszacować siłę pojedynczego słowa, wypowiedzianego w stosownym czasie! Jak wiele z nich jest wspominanych i cenionych przez tę osobę lub taką, o której my zapomnieliśmy, i przynoszą owoc! To, jak nasze dobre czyny porywają innych do rywalizacji w dobrej sprawie, widzą aniołowie, ale my nie możemy! Co też myślą o nas ludzie, o których nigdy nie słyszeliśmy, ani nie widzieliśmy nawet raz, i to w dalekich, nieznanych krajach! Popatrzmy przez chwilę na tę przyjemną stronę naszych czynów, jak też na smutny obraz naszego niewłaściwego sposobu komunikowania. Bez wątpienia, nasze modlitwy i jałmużny wznoszą się jak słodka ofiara, przyjemna Bogu[5] – przyjemna Jemu nie tylko jako wyraz pobożności, ale jako akt miłości wobec wszystkich ludzi. Nasze zajęcia i rozrywki, nasze radości i cierpienia, nasze opinie, upodobania, studia, poglądy i zasady postępowania zmierzają w jednym kierunku – do nieba. Czy stoimy wysoko czy nisko, na swoim miejscu możemy służyć, a w konsekwencji uwielbić Tego, który za nas umarł. Młoda dziewczyna, którą „kiedyś podczas napadu zgraje Aramejczyków zabrały z ziemi Izraela” i „którą przeznaczono do usług żonie Naamana” (2 Krl 5,2) pokazała wielkiemu dowódcy zastępów króla Syrii sposób na uzdrowienie z trądu, a jego słudzy zwracali się do niego później w miłych słowach, przemawiając mu do rozsądku, kiedy chciał odrzucić sposób kuracji zalecony przez proroka.[6] To może uspokoić niespokojne umysły i pocieszyć nadmiernie skrupulatne sumienia. Służcie Bogu i postępujcie dobrze, a nie możecie uczynić inaczej, aniżeli ukazać swoje światło przed ludźmi jak miasto położone na wzgórzu.

  3. Pozostaje całkowitą prawdą to, że są okoliczności, w których chrześcijanin zobowiązany jest, by otwarcie wyrażać swoją opinię na tematy i kwestie religijne. Stanowi to prawdziwą trudność, to znaczy, problem tego, jak nie czynić tego na pokaz. Tak jak człowiek ma swoje miejsce w społeczeństwie tu lub tam, tak samo mniej więcej ma obowiązek mówić w sposób wolny, co myśli. Nigdy nie możemy tolerować grzechu i błędu. Następnie, bardziej oczywistym i skromniejszym sposobem wyrażania braku aprobaty dla zła jest milczenie i odgradzanie się od niego. Na przykład, winniśmy trzymać się z dala od ludzi, którzy grzeszą rozmyślnie i w sposób jawny. Św. Paweł jednoznacznie mówi nam, byśmy „nie przestawali z takim, który nazywając się bratem (to jest, chrześcijaninem), w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem, bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku” (1 Kor 5,11). Zaś św. Jan udziela nam podobnej porady w odniesieniu do heretyków: „Jeśli ktoś przychodzi do was i tej nauki nie przynosi, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie go, albowiem kto go pozdrawia, staje się współuczestnikiem jego złych czynów” (2 J 1,0-11). Jest oczywiste, że takie postępowanie z naszej strony nie wymaga specjalnego wystawiania się na pokaz, bo nie jest niczym innym jak stosowaniem się do nauki Kościoła, choć rozpoznanie, w których sytuacjach powinniśmy tak postąpić, pozostaje niełatwe, ale to już inna kwestia. Dużo większą trudnością jest wyrażanie opinii (do czego chrześcijanin jest często zobligowany) na temat bieżących wydarzeń i znanych ludzi. Staje się to jego obowiązkiem odpowiednio do zajmowanego stanowiska i wpływów w społeczeństwie, tak by mógł przekonać innych do swojego myślenia. Nade wszystko duchowni są zobowiązani, by formułować i wygłaszać opinie. Czasami słyszy się w potocznych rozmowach, że ksiądz nie powinien mieć nic wspólnego z polityką. To prawda, o ile oznacza to, że nie powinien on dążyć do celów świeckich, bratać się z konkretną partią polityczną, mieć ambicji zdobycia poklasku lub zyskania przychylności ludzi możnych, znajdować przyjemność i tracić czas na sprawy tego świata i być chciwym. Jeśli jednak oznacza to, że nie powinien on wyrażać swojej opinii i wywierać wpływu na innych w taki czy inny sposób, jest to w sposób jawny niezgodne z Pismem Świętym. Czyż apostołowie, z całym ich szacunkiem dla władzy doczesnej, czy to żydowskiej czy rzymskiej, całkowicie odżegnując się od ambicji światowych, nie piętnowali jednak swoich władców jako ludzi złych, którzy ukrzyżowali i zabili Chrystusa Pana?[7] Czy byliby jak miasto położone na wzgórzu, gdyby tego nie uczynili? Jeśli, istotnie, troski tego świata powinny być całkowicie oddzielone od tych dotyczących Królestwa Chrystusa, wówczas faktycznie wszyscy chrześcijanie (tak świeccy, jak i duchowni) powinni powstrzymywać się od zajmowania się sprawami doczesnymi i pozwolić temu bezwartościowemu światu popłynąć z prądem wydarzeń, aż zginie. Jeśli jednak (tak, jak ma to miejsce w tym przypadku), to, co dzieje się u poszczególnych narodów musi wpływać na kwestię religii w tych krajach, i ponieważ Kościół może zostać zwiedziony i zepsuty przez świat, a w świecie są miriady dusz wyczekujących nawrócenia i zbawienia, i skoro naród chrześcijański winien stać się częścią Kościoła, to jest naszym obowiązkiem, by stanąć jak latarnia morska na wzgórzu, by wołać głośno i nie oszczędzać się, by wznieść głos jak trąba i pokazać ludziom ich występki, a domowi Jakuba jego grzechy.[8] Wszystkiego tego można dokonać bez uszczerbku dla naszej chrześcijańskiej łagodności i pokory, choć nie jest to łatwe. Nie możemy się gniewać ani prowokować kłótni, a jednak wolno nam wyrazić jednoznaczną opinię, stosownie do środków, jakimi dysponujemy, by ją sformułować, pozostając gorliwi wobec Boga we wszelkiej dobrej służbie, skrupulatnie i uparcie trzymając się z dala od ludzi niegodziwych, których złych dzieł się obawiamy.

    Innym i jeszcze trudniejszym obowiązkiem jest ten związany z osobistym upominaniem ludzi, których spotykamy w życiu, a którzy grzeszą słowem lub czynem, i dawaniem przed nimi świadectwa w imię Chrystusa. To znaczy, trudno jest tak od razu być skromnym i gorliwym w takich przypadkach. Wiemy, że jest to jasny i powtarzany nakaz Chrystusa, by ze względu na miłość mówić innym o ich błędach.[9] Jak jednak można tego dokonać bez sprawiania wrażenia, ba, bez bycia aroganckim i surowym? Są osoby, które pragną wykonywać swoje obowiązki w całej pełni, bojąc się szwankować w tej konkretnej dziedzinie z powodu zawinionego zacofania i lęku, że mogą obrazić kogoś. Z drugiej strony jednak, czują ból upominania innych i, używając prostych słów, niezręczność tej sytuacji. Takie osoby winny zauważyć, że, choć napominanie innych jest obowiązkiem, nie jest to zadanie należące od razu do wszystkich ludzi, a konsternacja, jaka w związku z tym jest odczuwana, często powstaje z faktu niestosownego podejmowania się go w konkretnym przypadku. Jest czymś niewłaściwym z zasady, by młodzi świadczyli przed starszymi inaczej niż tylko milczeniem. Jeszcze bardziej niestosowne jest, by podwładni upominali przełożonych, na przykład, dziecko rodziców, albo ktoś w szeregowej pozycji swoich naturalnych bądź wyznaczonych przez Boga zwierzchników. Jeśli przyjmujemy nastawienie, które nam nie przystoi, to oczywiście czujemy się niezręcznie. Chociaż mogliśmy to zrobić z uczciwości i gorliwości (mimo, że niewłaściwie ukierunkowanej), a Bóg mógłby w swym miłosierdziu przyjąć nasza służbę, to jednak w ten sposób On upomina nas za pomocą uczuć zakłopotania i wstydu. Co do takich, którzy w arogancki sposób oskarżają innych, w tym swoich przełożonych, nie mając przy tym żadnych skrupułów, to nie mam nic do powiedzenia takim ludziom, poza wyrażeniem szczerego pragnienia, by doszli do bardziej chrześcijańskiego sposobu myślenia. Oni nawet nie czują trudności związanej z koniecznością świadczenia o Bogu bez wystawiania się na pokaz.

    Trzeba też zauważyć, że wypełnianie roli świadka prawdy i napominanie innych nie stanowią podstawowych obowiązków chrześcijanina. Chodzi mi o to, że nasze zadania mają pewną hierarchię, jedne są przed innymi, a to nie jest jednym z pierwszych. Nasze podstawowe obowiązki to żałować za grzechy i wierzyć. Byłoby czymś naprawdę dziwnym, gdyby człowiek, który dopiero co wszedł na drogę pobożności, porywał się na coś tak wielkiego, zakładając, że jest świętym świadkiem, i namawiał innych, by nawrócili się do Boga. To oczywiste. Jednak wraz z upływem czasu, gdy jego charakter religijny zaczyna się formować, to wówczas, gdy doskonali się we wszystkich swoich obowiązkach, przyjmuje na siebie wśród nich świadczenie o Bogu słowem. Trudno powiedzieć, kiedy człowiek może zabrać się za otwarte upominanie innych – z pewnością nie zanim nabędzie znaczącej pokory. Sprawdzianem jego pokory mogą być: brak poczucia triumfu, świadomość, że nie jest lepszej natury niż osoba, wobec której świadczy, i że jego własne grzechy zasługiwałyby na surową naganę, o ile byłyby znane przed światem, oraz miłość wobec osoby upominanej i chęć poddania się zasłużonej krytyce w swojej kolejności. We wszystkim tym mówię o ludziach świeckich. Obowiązkiem duchownego jest upominanie z urzędu. Następnie, zakładając, że ostatecznie byłoby naszym obowiązkiem, by manifestować swoją religię w ów wskazany sposób, a nie w inny, winniśmy czynić to uprzejmie i radośnie, aby pozostać skromnym, i tak łagodnym, jak to możliwe. Musimy to robić w tak niewielkim stopniu, w jakim tylko możemy, nie komplikując spraw już skomplikowanych, nie ukazując całej wielkiej rangi chrześcijanina (czy też tego, co za nią uważamy), kiedy wystarczy, byśmy skinęli ręką, że tak powiem, lub rzucili okiem. Nade wszystko zaś, jak już powiedziałem, winniśmy działać tak, jakbyśmy myśleli, ba, naprawdę myśląc, że pewnego dnia może nadejść kolej na winowajcę, by to on pouczał nas. Nie możemy uważać siebie za lepszych od niego, ale winniśmy odczuwać swoje niedoskonałości i pragnąć, by, jeśli tylko będzie taka okazja, to on nas upomniał, a w perspektywie dziękując mu za to. Trzeba nam działać w takim duchu, w jakim ostrzega się człowieka wchodzącego na wyboistą drogę, co może doprowadzić go do upadku, zakładając, że nasze przyjazne nastawienie zobliguje go do wyświadczenia podobnej przysługi nam. Co się tyczy takich poważniejszych okazji do świadczenia o Chrystusie, to takie będą się zdarzać rzadko. Pomijam sytuację, gdy człowiek wchodzi w towarzystwo, w którym nigdy nie powinien się znaleźć, lekceważąc zasadę: „wyjdźcie spośród nich i odłączcie się od nich”.[10] W takich okolicznościach raczej nie ma on prawa napominać innych, samemu popełniwszy błąd jako pierwszy. Oto kolejny powód naszego zakłopotania związanego z świadczeniem o Chrystusie wobec świata – czynimy sobie przyjaciół z grzeszników, a potem oni zyskują nad nami przewagę. 

 

Czas na podsumowania. Często słyszy się pytanie o to, czy człowiek jest w stanie wykonywać swoje obowiązki w sposób prosty i cichy, bez zyskiwania opinii bycia pretensjonalnym wobec świata. Dla niego samego to, czy jest za takiego uważany czy nie, nie stanowi większego problemu, o ile nie sprowokował innych do takiego sądu. Z zasady, powiedziałbym, Kościół jako taki ciągle doświadcza nienawiści i jest oczerniany ze strony świata, jako ten, którego obowiązkiem jest odważne wyznawanie wiary. Ale to, czy poszczególni członkowie Kościoła są traktowani w taki sposób, w każdym z przypadków zależy od wielu różnych okoliczności. Istnieją ludzie, którzy, choć są bardzo wiernymi i sumiennymi chrześcijanami, to jednak doznają pochwał ze strony świata. To ci, którzy, będąc bardzo łagodni i pokorni, nie są na tyle widoczni na swoim miejscu, czy też na tyle praktycznie związani ze światem, aby go razić. Ludzie podziwiają religię, o ile mogą się jej przyglądać jak obrazkowi. Wydaje im się ona wspaniała w książkach, a dopóty, dopóki mogą spoglądać na chrześcijan z dystansu, dobrze się na ich temat wypowiadają. Żydzi w czasach Chrystusa budowali groby prorokom, których ich ojcowie pozabijali, a potem sami zabili Jedynego Sprawiedliwego. „Czcili” oni Syna Bożego zanim przyszedł, ale kiedy ich namiętności i interesy zostały poruszone Jego przyjściem, powiedzieli: „To jest dziedzic. Chodźcie, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze” (Mk 12, 7). Tak więc, chrześcijanie, prowadząc aktywne życie, krzyżują (dokładnie tak) pychę i egoizm świata, doświadczając tego, że inni „mówią kłamliwie wszystko złe” na nich z powodu Chrystusa (Mt 5, 11). Jednakże, nawet w takich warunkach, choć na własną rękę nie wolno im wycofywać się przed atakiem, wciąż mają oni obowiązek chronić się, na ile to możliwe, w imieniu i autorytecie Kościoła Świętego, przestrzegając jego przykazań i nauk. Jeśli zaś zostaną wezwani, by cierpieć dla Kościoła, to raczej winni dążyć w kierunku przyjęcia cierpienia, związanego z codziennym wypełnianiem swoich obowiązków, aniżeli odważnie podejmować się zadania obrony Kościoła. Nie ma w tym żadnego tchórzostwa. Niektórzy ludzie zostają postawieni w miejscach niebezpiecznych, a niebezpieczeństwo to przychodzi do nich na drodze wypełniania ich obowiązków, ale innym nie wolno mieszać się w to zaszczytne zadanie. Z tego powodu też, u początków ery Ewangelii nasz Pan powiedział swoim naśladowcom, by uciekali z miasta do miasta przed prześladowaniem.[11] Nawet zwierzchnicy Kościoła, w okresie pierwszych prześladowań, zamiast wystawiania się na wściekłość pogan, czynili wszystko, co mogą, by tego uniknąć. Od początku jesteśmy ludem cierpiącym, ale, podczas gdy, z jednej strony, nie bronimy się w sposób nielegalny, z drugiej, nie zabiegamy o cierpienie. Winniśmy dawać świadectwo i uwielbić Boga, jak światła na wzgórzu, w dobrej sławie i zniesławieniu.[12] Jednak zarówno dobra sława, jak i zniesławienie wynikają nie tyle z naszych własnych starań, co stanowią naturalną konsekwencję chrześcijańskiego wyznawania wiary.

 

Kto może poznać wolę Boga, odnoszącą się do tego burzliwego świata, albo to, jak On zamierza się z nim rozprawić? On podrzuca świat w tę i we w tę, a przez to poruszenie sprawia kłopoty także swemu własnemu ludowi. Tyle tylko wiemy na naszą pociechę. Nasze światło nigdy nie może zgasnąć – Chrystus postawił je na wzgórzu, a piekło nigdy go nie zwycięży. Kościół będzie niósł świadectwo Prawdy do samego końca, będąc jakby przykuty łańcuchem do tego świata, swego złego towarzysza, nieustannie przepowiadając jego upadek, pomimo braku wiary w głoszone słowa, na koniec zaś mając obietnicę zupełnie innej nagrody. Albowiem w dniu ostatecznym Wszechmogący Pan zakróluje, dokonają się zaślubiny Baranka, a Jego oblubienica się przystroi: „i dano jej oblec bisior lśniący i czysty – bisior bowiem oznacza czyny sprawiedliwe świętych” (Ap 19, 6-8). Prawdziwe i sprawiedliwe są Jego sądy – wtrąci On śmierć i piekło w jezioro ognia i pomści swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego![13]

„Błogosławieni, którzy są wezwani na ucztę Godów Baranka!”[14] Obyśmy wszyscy znaleźli się w gronie tych, którzy przyznają się do Chrystusa wobec tego świata, aby On przyznał się do nas przed swoim Ojcem w dniu ostatecznym!

 

Przekład ukazał się drukiem w  „Oratoriana” nr 88 (2018), s. 79-88 (ISSN 2080-105X)

 

[1] Zob. Mt 5, 14-16 (przyp. tłum.).
[2] Zob. Mt 6, 21 (przyp. tłum.).
[3] Zob. Mk 9, 50 (przyp. tłum.).
[4] Zob. Mt 11, 29 (przyp. tłum.).
[5] Dz 10, 4.
[6] Historia uzdrowienia Naamana – zob. 2 Krl 5 (przyp. tłum.).
[7] Dz 2, 23; 3, 13-17; 4, 27; 13, 27.
[8] Iz 58, 1.
[9] Zob. Mt 18, 15 (przyp. tłum).
[10] Zob. 2 Kor 6, 11 (przyp. tłum.).
[11] Zob. Mt 10, 23 (przyp. tłum.).
[12] Zob. 2 Kor 6, 8 (przyp. tłum.).
[13] Zob. Ap 19, 2; Ap 20, 14; Łk 18, 7 (przyp. tłum.).
[14] Zob. Ap 19, 9 (przyp. tłum.).
[15] Zob. Mt 10, 32 (przyp. tłum.).