Aktualności,  ON-LINE,  Oratorium Domowe

Newman – święty dla nas, inspiracja 21

 

Jan Henryk Newman,
Nieśmiertelność duszy
„Kazania parafialne”, tom I, Kazanie 2.

 

„Co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16, 26)

Przypuszczam, że nie ma chrześcijanina, który byłby doinformowany w sposób wystarczający, choć każdy sądzi, że posiada odpowiednie pojęcie o różnicy pomiędzy pogaństwem, a naszą religią, która je zastąpiła. Zapytany o to, co zyskaliśmy dzięki Ewangelii, każdy odpowie niezwłocznie, że dowiedzieliśmy się o naszej nieśmiertelności, o tym, że posiadamy dusze, które będą żyły wiecznie, że nie wiedzieli o tym poganie, ale tego nauczał Chrystus i Jego uczniowie o tym wiedzą. Każdy odpowie uczciwie, że to właśnie była owa doniosła, uroczysta nauka, która od początku głoszenia dała Ewangelii prawo bycia wysłuchanym, która przykuła uwagę lekkomyślnych rzesz, zajętych sprawami i przyjemnościami życia doczesnego, zatrwożyła ich wizją przyszłego życia i otrzeźwiła ich tak, że zwrócili się ku Bogu ze szczerym sercem. Trzeba uczciwie powiedzieć, że to ta doktryna przyszłego życia przełamała siłę i urok pogaństwa. Biedni, nieoświeceni poganie zajmowali się najrozmaitszymi śmiesznościami i absurdami fałszywego obrządku, który zaciemniał światło płynące z natury. Znali oni Boga, ale Go porzucili dla wymysłów człowieka, uczynili sobie opiekunów i obrońców, mając „mnóstwo takich bogów i panów.”[1] Mieli oni swoją świecką liturgię, krzykliwe procesje, pobłażliwą wiarę i łatwe przykazania, zmysłowe obchody i dziecinną ekstrawagancję. To wszystko nadawałoby się jako religia dla kogoś, kto miałby przeżyć siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat, a potem umrzeć raz na zawsze, nie powracając nigdy do życia. „Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy” było ich nauką i zasadą życia. To, że „jutro pomrzemy” przyznawali również święci apostołowie. Nauczali, tak jak poganie, że „jutro pomrzemy”, ale potem dodawali: „a po śmierci sąd”[2] – sąd nad nieśmiertelną duszą, która żyje pomimo śmierci ciała. Była to prawda, która zbudziła ludzi ku konieczności posiadania lepszej i głębszej religii, niż ta, która rozpowszechniła się w świecie. Gdy przyszedł Chrystus, wywarł na nich takie wrażenie, że opuścili oni swoje stare, fałszywe wierzenia, pozwalając im, by upadły. Tak! Upadły, pomimo, że zasiadały one na tronie całej mocy tego świata – musiał to być widok, którego oko ludzkie nie znało nigdy wcześniej – pomimo wsparcia ze strony możnych i ze strony tłumów, pomimo świetności królów i uporu ludzi. Ich ruiny zostały rozproszone po powierzchni całej ziemi w postaci zdruzgotanych dzieł ich wielkiego poplecznika, owego zaciętego przeciwnika Boga – pogańskiego Imperium Rzymskiego. Ruiny pogańskich wierzeń można zaleźć nawet wśród nich samych, co pokazuje, jak fenomenalnie wielka była ich siła, a tym samym, jak bardzo mocnym było to, co złamało ich potęgę. Tym czymś była nauka o nieśmiertelności duszy. Tak kompletna jest ta rewolucja, która dokonuje się wśród ludzi, gdziekolwiek uczciwie przyjmuje się tę doniosłą prawdę.

Powiedziałem, że każdy z nas jest w stanie rozmawiać biegle na temat tej nauki i jest świadomy, że jej znajomość stanowi fundamentalną różnicę pomiędzy sytuacją naszą i pogan. A jednak, pomimo naszej zdolności, by mówić o tej nauce i tego, że nie brak nam, jak określa to św. Paweł, „wszelkiej wiedzy”[3], wydaje się nie pozostawiać żadnej wątpliwości fakt, że wielka liczba tych, którzy są nazywani chrześcijanami, tak naprawdę nie uświadamia sobie tej nauki.

Istotnie, trudno doświadczyć i zdać sobie sprawę z faktu, że posiadamy dusze. Nie ma też gorszego błędu, niż zakładanie, że można zobaczyć to, o czym mówi doktryna, jeśli tylko używamy słów, które odnoszą się do niej. Tak wielką sprawą jest zrozumienie, że posiadamy dusze, że świadomość taka, w połączeniu z jej skutkami, oznacza poważne podejście do sprawy, to jest, autentyczną religijność. W przypadku każdego chrześcijanina dostrzeżenie nieśmiertelności jest nieodłącznie powiązane ze strachem, drżeniem i żalem za grzechy. Czyż jest ktoś, kto nie zostałby otrzeźwiony widokiem płomieni ognia piekielnego, którymi bez żadnej nadziei ratunku zostaje ogarnięta dusza? Czyż nie zostałyby wszystkie myśli człowieka skupione na tym strasznym widoku, tak, że stanąłby jak wryty, nie mogąc oderwać wzroku od tego, co widzi, zapominając o wszystkim innym? Czyż nie byłoby tak, że nie widziałby i nie słyszałby niczego innego, pochłonięty tą kontemplacją? A gdyby obraz ten został mu zabrany, czyż nie tkwiłby ciągle w pamięci, tak, że odtąd umarłby człowiek dla zajęć i przyjemności tego świata, ujmowanych jako takie, myśląc o nich tylko z punktu widzenia owej przerażającej wizji? Taki byłby przemożny skutek owego objawienia, bez względu na to, czy rzeczywiście prowadziłby człowieka do żalu za grzechy, czy nie. Tak więc ci, którzy prawdziwie, całym sercem przyjmują słowa Chrystusa i Jego apostołów, są pochłonięci myślą o życiu przyszłym. A jednak, dla mnóstwa ludzi nazywanych chrześcijanami obcy jest taki stan umysłu i tym samym prawdziwa wiedza. Ich oczy przesłania gruba zasłona i pomimo tego, że potrafią mówić o tej nauce, zachowują się tak, jakby nigdy o niej nie słyszeli. Żyją tak, jak żyli poganie w zamierzchłych czasach, jedzą i piją, zabawiając się w próżniactwie. Żyją w świecie bez lęku i cierpienia, tak jakby Bóg nie ogłosił, że ich postępowanie w tym życiu zadecyduje o ich losie w życiu przyszłym. Żyją tak, jakby nie mieli dusz, albo też, jakby nie mieli żadnego wpływu na ich zbawienie, tak jak wierzyli poganie.

Rozważmy teraz, z czym łączy się świadomość faktu, iż posiadamy dusze i na czym polega związana z nim szczególna trudność. Może to bowiem być pomocne w naszych wysiłkach, by uzmysłowić sobie tę straszliwą prawdę.

Od urodzenia jesteśmy uzależnieni od rzeczy, które nas otaczają. Widzimy i czujemy, że nie bylibyśmy w stanie żyć czy też iść naprzód bez pomocy człowieka. Dla dziecka ten świat stanowi wszystko – postrzega samo siebie jako cząstkę tego świata, w takim samym znaczeniu, jak gałąź stanowi część drzewa. Ma ono niewielkie pojęcie o swoim własnym, niezależnym istnieniu. Oznacza to, że nie ma ono wyraźnego pojęcia o tym, że posiada duszę. Jeśli zaś przejdzie przez życie bez zmiany swojego wyobrażenia, nie będzie miało wyraźnego pojęcia, nawet do końca życia, że posiada duszę. Postrzega ono siebie tylko w relacji do tego świata, który jest dla niego wszystkim. W tym świecie szuka swojego dobra, jakby był jakimś bożkiem. Kiedy zaś próbuje spojrzeć poza to życie, nie jest w stanie nic dostrzec na horyzoncie, bo nie ma żadnego pojęcia o niczym innym, nie jest w stanie wyobrazić sobie niczego innego, jak tylko to życie. A jeśli jest ono zobowiązane wyobrazić tam sobie cokolwiek, wyobraża sobie to życie od nowa. Tak samo jak poganie, gdy zastanawiali się nad tradycjami innego życia, które krążyły pośród nich, nie mogli wyobrazić sobie szczęścia błogosławionych inaczej, jak tylko jako takie, które polega na czerpaniu przyjemności ze słońca, nieboskłonu i ziemi, tak jak przedtem, z ta jedną różnicą, że byłyby one doskonalsze, niż są teraz.

Zrozumieć, że mamy dusze, oznacza doświadczyć oddzielenia od rzeczy widzialnych, doświadczyć niezależności od nich, naszego odrębnego istnienia, naszej indywidualności, naszej zdolności do działania w taki czy inny sposób i naszej odpowiedzialności za to, co robimy. Oto wielkie prawdy, które tak naprawdę znajdują się nawet w umyśle dziecka, jakby zamknięte w opakowaniu, a które Boża łaska może odpakować, wbrew wpływowi zewnętrznego świata, choć z początku ten zewnętrzny świat dominuje. Spoglądamy poza siebie na rzeczy, które nas otaczają i zapominamy się w nich. Taka jest nasza sytuacja – zależymy od wsparcia ze strony tego, na czym nie można polegać i rozmijamy się z naszą rzeczywistą siłą, a tymczasem Bóg rozpoczyna proces odzyskiwania nas ku prawdziwszemu spojrzeniu na nasze miejsce w Jego wspaniałym systemie opatrzności. A kiedy On nas nawiedza, zaraz dokonuje się w nas poruszenie. Naszym umysłom z mocą ujawnia się jałowość i głupota rzeczy tego świata – obiecują one po sobie wiele, ale nie działają, rozczarowując nas. Albo jeśli działają tak, jak obiecują, tak właśnie jest, że nadal nie satysfakcjonują nas. Ciągle pragniemy czegoś, ale nie wiemy dobrze, czego, choć jesteśmy pewni, że jest to coś, czego ten świat nam nie dał. W dodatku, podlega on zmianom, które są tak liczne i nagłe, takie ciche i nieustanne. Nigdy nie przestaje się zmieniać – cały czas się zmienia, aż robi nam się niedobrze. To wtedy właśnie nasza zależność od świata zostaje zerwana. Staje się jasnym, że nie możemy cały czas od niego zależeć, chyba, że dotrzymujemy mu kroku i tak jak on się zmieniamy. Nie jesteśmy jednak w stanie tak czynić. Czujemy, że kiedy świat się zmienia, my pozostajemy jedni i ci sami. W ten sposób, za łaską Bożą, możemy w jakiś sposób dostrzec znaczenie naszej niezależności od tego, co doczesne i naszą nieśmiertelność. A jeśli tak by się zdarzyło, że przyjdą na nas nieszczęścia, jak to często ma miejsce, to tym bardziej jest nam dane zrozumieć nicość tego świata, tym bardziej jesteśmy skłonni okazać mu nasz brak zaufania. Zostajemy wtedy oduczeni miłości do świata, jak dziecko odstawione od piersi matki, aż w końcu ledwie zamajaczy przed naszymi oczyma niczym jakaś niepotrzebna zasłona, która, pomimo swojej wielobarwności, nie jest w stanie zakryć tego, co przesłania. Wówczas zaczynamy stopniowo dostrzegać, że w całym wszechświecie istnieją tylko dwie istoty: nasza własna dusza i Bóg, który ją stworzył.

Wzniosła, nieprzewidziana nauka, a jednak najzupełniej prawdziwa! Dla każdego z nas istnieją tylko dwie istoty w całym świecie – ja sam i Bóg. Albowiem, jeśli chodzi o zewnętrzne otoczenie, jego dążenia i przyjemności, zaszczyty i troski, jego pomysły, osobistości, królestwa, zastępy zapracowanych niewolników, czym to wszystko jest dla nas? Niczym – niczym więcej niż teatralnym przedstawieniem. „Świat zaś przemija, a z nim jego pożądliwość.”[4] A co się tyczy tych ludzi, którzy nie należą do tego próżnego świata – mam tu na myśli naszych przyjaciół i krewnych, których słusznie kochamy – oni też, ostatecznie, nic dla nas nie znaczą tutaj. Nie mogą oni nam tak naprawdę pomóc, ani przynieść nam korzyści. Widzimy ich, a oni oddziałują na nas, tylko jak gdyby na odległość, choć poprzez nasze zmysły. Nie mogą oni dostać się do naszych dusz, nie mogą wejść w nasze myśli, ani też być naszymi towarzyszami. W przyszłym świecie, dzięki Bożej łasce, będzie inaczej, ale tutaj cieszymy się nie tyle ich obecnością, ale zapowiedzią tego, co nastąpi. Tak więc, ostatecznie, znikają oni z naszej jasnej wizji, po pierwsze, naszego własnego istnienia, a po drugie, obecności wspaniałego Boga w nas i ponad nami, jako naszego Kierownika i Sędziego, zamieszkującego w nas dzięki naszemu sumieniu, które Go reprezentuje.

Rozważcie teraz jaka rewolucja będzie miała miejsce w umyśle, który nie jest całkowicie zatwardziały w grzechu, proporcjonalnie do tego, jak uświadamia sobie ową relację pomiędzy sobą, a Najwyższym Bogiem. Nigdy w tym życiu nie będziemy w stanie w pełni pojąć, co oznacza nasze życie wieczne, ale możemy zrozumieć, co oznacza, że ten świat nie żyje na wieki – poprzez jego umieranie bez odradzania się na nowo. Dowiadując się o tym, uczymy się, że nie jesteśmy winni temu światu żadnej służby, żadnej lojalności. Nie ma on do nas żadnego prawa, nie może też oddać nam żadnej istotnej przysługi, ani wyrządzić krzywdy. Z drugiej strony, prawo Boże wypisane w naszych sercach nakazuje nam służyć Bogu, a Pismo Święte dopełnia tych zasad, które rozpoczęła natura. Zarówno Pismo Święte, jak i sumienie mówią nam, że odpowiadamy za to, co robimy, a Bóg jest sprawiedliwym Sędzią. Ponad wszystko, jednak, nasz Zbawiciel jako nasz widzialny Pan i Bóg zajmuje miejsce świata jako Jednorodzony Ojca, ukazując się otwarcie, abyśmy nie mogli powiedzieć, że Bóg się ukrywa. Tak więc, człowiek jest pociągany naprzód przez wszelkiego rodzaju silne wpływy, które pragną odwrócić go od spraw doczesnych ku sprawom wiecznym, by zaparł się samego siebie, wziął swój krzyż i naśladował Chrystusa. Istnieją bowiem straszne ostrzeżenia i groźby Chrystusa, które każą człowiekowi podejść do sprawy poważnie, Jego nakazy, by człowieka pociągnąć i umoralnić, Jego obietnice, by dodawać otuchy, Jego miłosierne czyny i cierpienia, by uniżyć człowieka do prochu ziemi i aby przywiązać jego serce raz na zawsze poprzez wdzięczność do Tego, który w miłosierdziu jest niedościgniony. Wszystkie te rzeczy oddziałują na człowieka i tak szczerze, jak na powołanie Chrystusa św. Mateusz odszedł od stanowiska poboru cła, nie dbając na to, co obserwatorzy o nim powiedzą, tak samo ci, którzy dzięki łasce są posłuszni tajemniczemu głosowi Boga, idą naprzód wbrew światu, nie zważając na to, co ludzie mogą o nich powiedzieć, bo rozumieją, że mają dusze, a to jedyna rzecz, o którą winni się troszczyć.

Dobrze zdaję sobie sprawę z faktu, że istnieją w świecie nieroztropni nauczyciele, którzy mówią tym samym językiem, jakiego sam używam, ale mają na myśli coś zupełnie innego. To ci, którzy zaprzeczają łasce chrztu świętego i sądzą, że człowiek nawraca się do Boga od razu. Nie ma jednak potrzeby, by wykazywać różnice pomiędzy ich nauczaniem, a nauczaniem Pisma Świętego. Jakiekolwiek nie byłyby ich konkretne błędy, co się tyczy ich nauki o tym, że z natury jesteśmy ślepi i grzeszni i dlatego też musimy, dzięki Bożej łasce i naszym własnym wysiłkom, poznać, że posiadamy dusze i że powstajemy do nowego życia, odcinając się od tego świata i podążając drogą wiary w to, co niewidzialne i przyszłe, w tym mówią prawdę, bo przekazują słowa Pisma Świętego, które poucza: „Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus. Baczcie więc pilnie, jak postępujecie, nie jako niemądrzy, ale jako mądrzy. Wyzyskujcie chwilę sposobną, bo dni są złe. Nie bądźcie przeto nierozsądni, lecz usiłujcie zrozumieć, co jest wolą Pana.”[5]

Zapytajmy więc poważnie samych siebie czy jesteśmy wolni od tego świata i prośmy Boga, by dał nam łaskę uczynić to uczciwie. Czy może, żyjąc w zależności od tego świata, a nie od Odwiecznego Autora naszego istnienia, tak naprawdę bierzemy udział w tym rozpadającym się zewnętrznym przedstawieniu teatralnym, ignorując fakt, że posiadamy dusze? Wiem dobrze, że generalnie takie myśli są wstrętne umysłom ludzi. Nie ulega wątpliwości, że jest wielu, którzy, słysząc taką naukę, przy jakiej obstaję, mówią sobie w sercu, że w ten sposób religia staje się przygnębiająca i odpychająca, że woleliby słuchać nauczyciela, który mówi w mniej surowy sposób, że tak naprawdę założeniem chrześcijaństwa nie jest mroczne, uciążliwe prawo, ale że to religia wesela i radości. Tak właśnie myślą ludzie młodzi, choć nie wyrażają tego w taki kłótliwy sposób. Postrzegają oni surowe życie jako coś odrażającego i okropnego, odwracając się od myśli o nim. Potem jednak, gdy nabierają lat i zobaczą więcej tego świata, uczą się bronić swojego zdania i wyrażać go w mniej więcej taki sposób, jak ja to uczyniłem. Nienawidzą oni i sprzeciwiają się prawdzie, jakby z zasady, a im więcej mówi im się, że posiadają dusze, tym bardziej postanawiają żyć, jakby nie mieli duszy. Lecz niech będzie nam wolno przyjąć od początku za jasne i wyraźne, za nie podlegające dyskusjom stanowisko, że religia zawsze będzie trudną dla tych, którzy ją lekceważą. Wszystko, czego przychodzi nam się uczyć, na początku jest trudnym, a nasze obowiązki wobec Boga i wobec człowieka ze względu na Boga są szczególnie trudne, ponieważ wzywają nas one do podjęcia nowego życia, porzucając miłość wobec tego świata dla świata przyszłego. Nie można tego uniknąć – musimy odczuwać lęk i boleść zanim będziemy mogli się rozradować. Ewangelia musi być ciężarem, zanim przyniesie nam pociechę i pokój. Nikt nie może odciąć swojego serca od naturalnych przedmiotów miłości bez bólu tej operacji i palpitacji po niej. Wynika to jasno z natury rzeczy, a chociaż może być prawdą, że ten lub tamten nauczyciel może być surowy lub odpychający, nie może on jednak zmienić istoty rzeczy. Religia na początku jest męcząca dla światowego umysłu, wymaga wysiłku i wyrzeczenia od każdego, kto uczciwie postanawia być pobożnym.

Są jednak inni ludzie, których sytuacja lepiej rokuje, niż tych, o których mówiłem. Ci, gdy usłyszą o żalu za grzechy i wymaganej od nich nowości życia, popadają w przerażenie z powodu ogromu pracy do wykonania. Zniechęcają się, gdy im się mówi, że tak wiele trzeba zrobić. Otóż, obyśmy to dobrze zrozumieli, że uświadomienie sobie swojej własnej odpowiedzialności i nieśmiertelności, o której mówiłem, nie jest konieczne dla wszystkich od razu. Nigdy nie powiedziałem, że osoba, która nie znajduje się na drodze nadziei, nie dostrzega w pełni marności tego świata i wartości swojej duszy. Lecz człowiek, który nie chce i nie próbuje dostrzec i doświadczyć tej różnicy, znajduje się na drodze do zatracenia. Z jednej strony, pragnę, aby człowiek wyznał swoją nieśmiertelność ustami, a z drugiej strony, by żył tak, jakby próbował zrozumieć to, co mówi, a wtedy będzie na drodze zbawienia. Będzie na drodze do nieba, jeśli nawet jeszcze w pełni nie wyzwolił się z okowów tego świata. Tak naprawdę, nikt z nas, co oczywiste, nie jest całkowicie wolny od tego świata. Gdy mówimy o naszych obowiązkach, wszyscy używamy słów lepiej i pełniej, niż te obowiązki faktycznie rozumiemy. Nikt w pełni nie uświadamia sobie, co oznacza to, że posiada on duszę. Nawet najlepsi z ludzi znajdują się na drodze postępu ku tej prostej prawdzie, tak więc nie może być inaczej z tymi, którzy są najsłabsi i nieświadomi faktu, że inni do niej dążą. Stąd też, nie trzeba się trwożyć, słysząc, że wiele trzeba zrobić, zanim dojdzie się do właściwego poznania swojej sytuacji w oczach Boga, to znaczy, do wiary. Wszyscy bowiem mamy wiele do zrobienia, a zasadnicze pytanie jest takie, czy chcemy się tego podjąć?

Och, oby takie było nasze serce, że odłoży na bok świat widzialny, pragnąc patrzeć na niego jakby był tylko zasłoną pomiędzy nami, a Bogiem i będzie rozmyślać o Nim, który wszedł za zasłonę, który patrzy na nas, ćwicząc nas, błogosławiąc, wpływając na nas i zachęcając do dobra, dzień po dniu! Niestety, jakże doświadczamy jednak, że same tylko zmienne okoliczności dnia codziennego sprawiają, że się wahamy. Jakże trudno pozostać mocnym i pewnym pośród pokus i trwogi tego świata! Nasze uczucia zmieniają się, w zależności od miejsca, czasu i ludzi, z którymi jesteśmy. W niedzielę jesteśmy poważni, a w poniedziałek świadomie grzeszymy. Wstajemy rano z wyrzutami sumienia z powodu naszych grzechów i z postanowieniem poprawy, ale przed nadejściem nocy grzeszymy ponownie. Sama zmiana towarzystwa wywołuje u nas nowe nastawienie. Nie rozumiemy dostatecznie tej naszej słabości, ani nie szukamy siły tam gdzie jedynie można ją znaleźć – w Niezmiennym Bogu. Jakie będą nasze myśli w owym dniu, gdy w końcu ten świat zewnętrzny całkowicie ustanie, a my znajdziemy się tam, gdzie zawsze byliśmy, w Jego obecności, z Chrystusem stojącym po Jego Prawicy!

Z drugiej strony, co za błogosławione odkrycie to dla tych, którzy go dokonują, że ten świat to nic innego jak marność i niesolidność, a prawdziwie znajdują się oni tylko w obecności swojego Zbawiciela. Oto myśl, którą nie jest za dobrze rozwijać w mieszanym zgromadzeniu, gdzie mogą być tacy, którzy nie oddali jeszcze swego serca Bogu. Dlaczego bowiem przywileje prawdziwych chrześcijan miałyby być ujawniane całemu rodzajowi ludzkiemu, a święte tematy, które są skarbem szczególnym, miałyby zostać rozpowszechnione wśród żyjących beztrosko? Zna człowiek swoje szczęście i nie ma potrzeby, by inny mu o nim opowiadał. Wie, komu zawierzył, a w godzinie niebezpieczeństwa lub trudności rozumie, co znaczy pokój, o którym Chrystus nie pouczał, gdy go udzielał apostołom, mówiąc jedynie, że tego świat dać nie może.

„Jego charakter stateczny Ty kształtujesz w pokoju, w pokoju, bo Tobie zaufał. Złóżcie nadzieję w Panu na zawsze, bo Pan jest wiekuistą Skałą!”6

tłum. Marcin Kuczok

Tłumaczenie ukazało się drukiem w „Oratoriana” 75(2013), s. 57-66 (ISSN 2080-105X)

[1] 1 Kor 8, 5.
[2] Zob. np. Hbr 9, 27 (przyp. tłum.).
[3] Rz 2, 20.
[4] 1 J 2, 17 (przyp. tłum.).
[5] Ef 5, 14-17.
[6] Iz 26, 3-4.